Singapurczycy
mają bzika na punkcie jedzenia. Nawet na powitanie pytają: "Czy
już jadłeś?", a nie "Jak się masz?". I nic
dziwnego, bo potrawy, w których przenikają się prawie wszystkie
kuchnie azjatyckie, są zniewalające. A kosztują mniej niż byle
fast food w Polsce
W
sanskrycie Singapur oznacza "miasto lwa", ale lwów podobno
nigdy tam nie było. Bardziej adekwatna jest jego wcześniejsza nazwa
- Temasek, czyli "wodne miasto". Społeczność maleńkiego
portu u wrót do krainy nieznanych przypraw, owoców i ryb wiedziała,
jak wykorzystać jego znakomite położenie. Zmieniały się układy
sił, Singapur przechodził z rąk do rąk, należał do Chińczyków,
Malajów, Anglików, Malezyjczyków, aż w końcu - w 1965 r. -
ogłosił niepodległość. Dzisiaj jest bramą do Azji i siedzibą
kilku tysięcy międzynarodowych korporacji. I nie ma się czemu
dziwić, skoro rok w rok Bank Światowy ogłasza, że to właśnie
Singapur jest najlepszym na świecie miejscem do robienia interesów.
Założenie tu firmy trwa 3 dni i nie wymaga żadnego kapitału, a
system podatkowy należy do najbardziej przyjaznych na
świecie.
Singapur to miasto zakazów i nakazów. Za wejście
do metra ze śmierdzącym durianem - owocem narodowym - grozi kara
5
tysięcy dolarów singapurskich, czyli ponad 10 tysięcy złotych.
Przewożenie gumy do żucia w bagażu może być uznane za przemyt,
ponieważ w kraju obowiązuje ścisły zakaz jej importu i
sprzedaży.
Można nie lubić zakazów, ale po wizycie w
Singapurze ciężko oprzeć się wrażeniu, że w tym szaleństwie
jest metoda.
Singapurskie metro jest czyste i przytulne, do
butów nie przylepiają się gumy do żucia, a mieszkańcy rozumieją
się nawzajem i szanują. I właśnie dzięki temu ponadkulturowemu
zrozumieniu singapurskie jedzenie jest czymś więcej, niż tylko
zbiorem dań z Chin, Indii i Malezji."Makansutra"
ci podpowie
Najbardziej wyjątkowym tutejszym wynalazkiem kulinarnym nie
jest jednak żadne konkretne danie, a instytucja hawker center, czyli
zgromadzone pod jednym dachem uliczne stragany z jedzeniem. I tutaj
od razu zastrzeżenie: singapurski street food to nie to samo, co
jedzenie na ulicy w Bangkoku czy Kuala Lumpur. Warunki sanitarne w
hawker centers są lepsze niż w większości europejskich
restauracji. Potrawy przyrządza się na oczach klientów, kucharz w
maseczce higienicznej to całkiem częsty widok, a w łazienkach
wiszą specjalne plakaty z 7-punktowymi instrukcjami prezentującymi
właściwą technikę mycia rąk (nigdy nie mieliśmy tak
czystych!).
W mieście znajduje się ponad sto wielkich
centrów kulinarnych, a w każdym z nich kilkuset ulicznych kucharzy
przygotowuje swoje specjały. Aby można się było w tym jakoś
połapać, powstała "Makansutra", czyli singapurska wersja
przewodnika Michelin. "Makansutra" to dosłownie "księga
jedzenia" (od malajskiego słowa "makan" - jedzenie -
i sanskryckiego "sutra" - księga). W określeniu tym nie
ma przesady, bo siódma edycja sprzed roku ma 480 stron i opisuje
1100 lokali.
Nad wszystkim czuwa fotograf KF Seetoh, który
pod koniec lat 90. postanowił opowiedzieć światu o azjatyckim
jedzeniu. Uznał bowiem, że nikt do tej pory nie zrobił tego tak
jak trzeba. I chyba miał rację, bo kiedy niedawno gościł w
programie telewizyjnym Marthy Stewart, prowadząca była zdumiona, że
w Singapurze nie je się japońskich szaszłyczków yakitori, tylko
indonezyjskie satay.Uliczne
jedzenie w "mieście lwa"
Przygodę z singapurskim ulicznym jedzeniem najłatwiej
zacząć od centrum Makansutra Gluttons Bay (Raffles Ave 8)
firmowanego przez KF Seetoha. Łatwo tam trafić, bo mieści się pod
gołym niebem, przy nadmorskiej esplanadzie, tuż obok teatrów w
kształcie połówek duriana. Widoki godne są trzygwiazdkowej
restauracji, ale w tym miejscu (podobnie jak w innych hawker centers)
nie ma ani kelnerów, ani menu z kartą win, a potrawy serwowane są
nie na porcelanie, a na kolorowych talerzykach z grubego
plastiku.
Żeby je dostać, trzeba najpierw odstać w
kolejce.
Po złożeniu zamówienia najlepiej usiąść w
zasięgu wzroku sprzedawcy, bo wtedy sam z radością przyniesie
gotowe danie do stolika. Jeśli akurat nie ma wolnych miejsc, można
się do kogoś przysiąść. Singapurczycy robią tak cały czas. Po
prostu wskazują palcem na miejsce i pytają z wrodzoną sobie
prostotą "Can?".
Na Gluttons Bay można zjeść
najlepsze w mieście grillowane skrzydełka kurczaka. Ich
przygotowanie trwa podobno 30 godzin, z naszego talerza znikają w
ciągu minuty. Warto też się skusić na carrot cake, które nie ma
nic wspólnego ani z marchewką, ani z ciastem. To smażony w woku
omlet z jajek i japońskiej rzodkwi (stanowisko Huat Huat,
01-15F).
Wystarczy przejść parę metrów, żeby spróbować
legendarnych szaszłyków satay podawanych na liściach bananowca
(warto wiedzieć, że nie jest to jedynie stylizacja, ale sposób na
zachowanie soczystości mięsa!). Dostaje się je w zestawie z sosem
orzechowym i ryżowym ciasteczkiem ketupat (stanowisko Alhambra
Padang Satay, 01-15C).
"Makansutra" wymienia 150
narodowych dań Singapuru, ale najbardziej obowiązkowe z
obowiązkowych to rojak, laksa i kurczak po hajnańsku (albo po
prostu chicken rice).
Najsłynniejszy rojak to ten z Old
Airport Road (Blk 51 Old Airport Road, Toa Payoh Rojak, stanowisko
01-108). W przewodniku dostał najwyższą notę. Szybko rozumiemy,
dlaczego. Składamy zamówienie i na naszych oczach stary mistrz
Cheng Kok San wrzuca na grill mątwę i tofu. Jego żona kroi
ananasa, mango i ogórki, a każdy kawałek dokładnie ogląda. Te
gorsze, które nie zyskają jej aprobaty, od razu lądują w koszu.
Dowiadujemy się, że kluczem do sukcesu jest sposób mieszania
składników z sosem z owoców tamaryndowca i posiekanymi orzeszkami.
Trzeba to robić delikatnie, ledwo dotykając składników.
Przygotowany dla nas rojak jest chrupiący, słodko-kleisty od sosu,
zarazem cierpki i korzenny. Jego smak trudno opisać, tak jak trudno
opisać społeczeństwo Singapuru, które też bardzo często
nazywane jest rojakiem, czyli po malajsku - mieszanką.Miks
chińsko-malezyjski, czyli kuchnia babci
Na przestrzeni wieków do Singapuru masowo przybywali chińscy
kupcy. Nie zabierali ze sobą rodzin, więc wiązali się z
Malajkami, które żyły na tych terenach. Z mieszanych małżeństw
powstała nowa grupa etniczna - Peranakanie. Kobiety chciały gotować
po swojemu, ale ich mężowie, jak to z mężami na całym świecie
bywa, byli oporni na nowe smaki. Peranakanki zaczęły więc
przemycać do potraw swoje ulubione składniki i tak powstała
niezwykła kuchnia nyonya (co można przetłumaczyć jako kuchnię
babci).
Sztandarowym przykładem peranakańskiego dania jest
laksa, czyli gęsta kokosowa zupa (albo raczej rzadkie curry) z
ryżowymi nudlami. Laksa to kulinarny kameleon. Bazą jest zawsze
ostry, kokosowy wywar, ale dodatki można dobierać samemu -
krewetki, przegrzebki, suszoną mątwę, smażone tofu, krokieciki
rybne itd. Tradycyjnym składnikiem są liście laksy, w Wietnamie
znane jako rau r m, a w innych miejscach jako wietnamska mięta albo
wietnamska kolendra.
Klasyczne
chińskie przepisy zadomowiły się w Singapurze do tego stopnia, że
za narodowe danie uważany jest kurczak po hajnańsku. Oczywiście
Peranakanki zadbały o to, żeby towarzyszył mu ostry sos z
papryczek chilli. Według "Makansutry", najlepszego
kurczaka można zjeść w Tian Tian (Maxwell Food Center, stanowisko
10). Podobno znany autor programów kulinarnych Anthony Bourdain po
pierwszym kęsie zdołał wykrztusić z siebie jedynie:
"Wow!".
Wcale mu się nie dziwimy. Kurczak po
hajnańsku jest niebiańsko delikatny, aromatyczny i soczysty, ale
to, co jest w nim najbardziej niezwykłe, to aksamitnie gładka
skórka w kolorze porcelany. Sekret? Kurczaka gotuje się w ledwo
wrzącym wywarze z czosnkiem i imbirem, a następnie, dla wygładzenia
skórki zanurza się go w lodowatej lodzie.
W Singapurze na
kurczaka po hajnańsku mówi się zazwyczaj po prostu chicken rice (i
właśnie pod tą nazwą figuruje w "Makansutrze"), bo
równie ważną częścią dania jest ryż.Przygotowuje się go
zupełnie inaczej niż zwykły chiński ryż, bo najpierw ziarna
obsmaża się z czosnkiem i sezamem, a dopiero potem zalewa je
naprawdę tłustym i aromatycznym wywarem z kurczaka.Kawa-lepik
do popicia
W Singapurze przez cały rok jest gorąco. Wilgotność
powietrza przekracza 80%, w gardle zasycha szybciej niż na rajdzie
Dakar. Pewnie dlatego co krok da się kupić pyszne soki i napoje. Za
singapurskiego dolara (ok. 2 zł) można dostać olbrzymi kubek mleka
sojowego, świeżo wyciśniętego soku z trzciny cukrowej, soku ze
słonej śliwki albo soursopa (czyli inaczej guanabany).
Słona
śliwka smakuje, jakby ktoś niechcący sypnął soli do kompotu z
suszu, ale za to soursop jest pyszny. Jego smak przywodzi na myśl
truskawki, ananasy, kiwi, kokosy i banany.
Na napój o
tajemniczo brzmiącej nazwie grass jelly zdecydowaliśmy się po
tygodniu podchodów, bo wygląda jakby pływały w nim jakieś czarne
robaczki, a tak naprawdę to po prostu galaretki zrobione z rośliny
podobnej do mięty. Warto było zaryzykować, bo nic nie odświeża w
upały tak, jak on (wg chińskiej medycyny ma silne właściwości
chłodzące).
Jedyna w swoim rodzaju jest też singapurska
kawa. Słodka, wręcz lepiąca, zagęszczona skondensowanym mlekiem.
Nam najbardziej smakuje ta podawana na China Square, w kultowym Ya
Kun Kaya. Lokal istnieje od 1944 roku i po dziś kawę zaparza się
tam w czymś w rodzaju pończochy. Na jednej ze ścian wisi nawet
plakat z napisem: "Może i Francuzi mają ekspresy, ale my mamy
swoje pończochy!". Do takiej kawy zamawia się kaya toast,
czyli grzankę z solonym masłem i zielonkawym dżemem z mleka
kokosowego, żółtek i liści pandanu.
Hitem na upały jest
też teh tarek, dosłownie "rozciągana herbata". A
rozciągana dlatego, że przed wlaniem do kubka przelewa się ją
wielokrotnie pomiędzy szklankami (mistrzowie trzymają szklanki w
odległości ponad metra od siebie). Sprzedawcy nie robią tego, żeby
szpanować przed klientami, ale po to, by herbata nabrała właściwego
aromatu i zyskała orzeźwiającą piankę.
Jeżeli
kiedykolwiek będziecie w Singapurze, idźcie na ulicę Telok Ayer w
Chinatown, do centrum Amoy. Na pierwszym piętrze odszukajcie
stanowisko 02-85. Sprzedawca nazywa się Rafee, a jego pracownik do
złudzenia przypomina Osamę bin Ladena. Poproście Rafee'go o
herbatę teh tarek, tylko zaznaczcie, żeby była kurang manis, mniej
słodka. Potem idźcie na parter i przy stoisku 01-18 zamówcie bak
chang. Kiedy właściciel sprawnym ruchem rozetnie piramidkę z
liści, znajdziecie w środku pyszne ryżowe ciasteczko wypełnione
grzybami, mielonym mięsem i kasztanami wodnymi. A potem poproście o
przepis. My nie mieliśmy odwagi i teraz żałujemy.Won
ton mee (dla 4 osób)
Pierożki: 10 dag mielonej wieprzowiny (połowę można
zastąpić mielonymi krewetkami),
1 posiekana cebula,
1
jajko,
1 zmiażdżony ząbek czosnku,
1 łyżka sosu
sojowego,
1 łyżeczka utartego świeżego imbiru,
5
drobno posiekanych kasztanów
wodnych (lub kalarepy),
16
kwadratów ciasta do won tonów (lub po prostu ciasta pierogowego)
Oraz:
2 łyżeczki oleju z orzechów ziemnych,
4 łyżki oleju
sezamowego (z prażonego sezamu),
po 4 łyżeczki sosu
sojowego i słodkiego sosu chilli,
1 kapusta bok choy,
20
dag pieczonej karkówki lub schabu,
4 marynowane zielone
chilli,
40 dag chińskiego makaronu
pszennego, 500 ml
wywaru mięsnego
Składniki nadzienia mieszamy dokładnie w
misce. Na każdy kwadrat ciasta kładziemy czubatą łyżeczkę
farszu. Smarujemy brzegi wodą i zlepiamy jak sakiewki. Gotujemy we
wrzącej, osolonej wodzie około 5-6 minut. W dużej misce mieszamy
oba rodzaje oleju z sosem sojowym i sosem chilli. Z kapusty obcinamy
dolne pół centymetra. Resztę kroimy wzdłuż na ćwiartki,
dzielimy na liście i blanszujemy we wrzącej wodzie (około 2
minut). Mięso i papryczki chilli kroimy w cienkie plasterki. Makaron
gotujemy we wrzącej wodzie około 5 minut (al dente). Odcedzamy i
przelewamy zimną wodą. Zanurzamy go z powrotem na kilka sekund w
gorącej wodzie, odsączamy i dodajemy do miski z sosem. Dokładnie
mieszamy i układamy w miseczkach. Na wierzchu układamy plastry
mięsa, chilli, liście kapusty i pierożki won ton. Do oddzielnych
miseczek nalewamy wywar mięsny i popijamy nim danie.satay
Szaszłyki z baraniny
(dla
4 osób)
Sos satay: 5 suszonych czerwonych papryczek chilli
(namoczonych, pozbawionych pestek),
5 obranych szalotek,
1
posiekany ząbek czosnku,
1 łodyżka trawy cytrynowej
(posiekana),
1 szklanka orzechy ziemne
2 łyżki oleju
arachidowego,
250 ml śmietanki kokosowej,
1 łyżeczka
brązowego cukru,
2 łyżeczki soku z limonki,
10 dag
masła orzechowego z kawałkami orzeszków, sól
Marynata:
po 1 łyżeczce nasion kolendry i kuminu,
po 1/2 łyżeczki
mielonej kurkumy i nasion kopru włoskiego,
7 obranych
szalotek,
3 posiekane ząbki czosnku,
1 łodyżka
posiekanej trawy cytrynowej,
1 łyżka pasty z tamaryndowca
(namoczonej w wodzie),
po 1 łyżce posiekanego imbiru
tajskiego (galangalu) i zwykłego imbiru,
1,5 łyżeczki
soli,
2 łyżeczki cukru
Oraz: 1 kg baraniny bez kości,
olej roślinny do smarowania, liście bananowca
Robimy sos.
Miksujemy chilli, szalotki, czosnek, i trawę cytrynową na jednolitą
pastę. Podsmażamy pastę na oleju przez ok. 5 minut. Dodajemy
śmietankę kokosową, cukier i sok z limonki, zagotowujemy, ciągle
mieszając. Dodajemy masło orzechowe i smażymy na małym ogniu
jeszcze przez 2-3 minuty. Solimy i rozcieńczamy odrobiną
przegotowanej wody, według uznania.Rozdrabniamy orzeszki ziemne i
dodajemy do sosu satay
Przygotowujemy marynatę do mięsa.
Prażymy kolendrę, kumin, nasiona kurkumy i kopru włoskiego na
suchej patelni. Rozcieramy wszystko w moździerzu na jednolitą
pastę. W robocie kuchennym miksujemy powstałą pastę, szalotki,
czosnek, trawę cytrynową, pastę z tamaryndowca, galangal, imbir,
sól i cukier. Do marynaty wkładamy pokrojone w kostkę mięso,
przykrywamy folią i odstawiamy do lodówki na co najmniej 4 godziny
(możemy też pozostawić na noc, żeby mięso mocniej przeszło
smakiem marynaty). Moczymy patyczki do szaszłyków w wodzie przez
około 30 minut, żeby nie spaliły się podczas grillowania.
Nabijamy zamarynowane mięso na patyczki i smarujemy olejem.
Grillujemy (5-8 minut) najlepiej na węglu drzewnym, ciągle
obracając, i wachlujemy mięso wachlarzem. Podajemy je, z sosem
satay do maczania. Pamiętajcie - sos powinien mieć temperaturę
pokojową.Rojak
(dla 3-4 osób)
1/2 szklanki niesolonych orzeszków ziemnych bez skórki
1
łyżka pasty z tamaryndowca
3 łyżki brązowego cukru
1
posiekana papryczka chilli
1/2 łyżeczki soku z limonki
3
łyżki sosu sojowego
1 obrany zielony ogórek
1
obrane mango
1/3 obranego ananasa
4 podłużne ptysie
pokrojone na kawałki
Orzeszki prażymy na suchej patelni, a
później drobno siekamy. Pastę z tamaryndowca przekładamy do
miseczki, wlewamy 75 ml gorącej wody, mieszamy i pozostawiamy na 15
minut. Przecieramy przez sitko, dodajemy cukier, chilli, sok z
limonki i sos sojowy. Ogórka i owoce kroimy na kawałki, mieszamy w
misce razem z ptysiami, polewamy stopniowo sosem i mieszamy
delikatnie rękoma. Sos powinien podkreślać smak owoców, nie może
go zdominować. Posypujemy orzeszkami. Jemy od razu!Laksa
(dla
6 osób)
Pasta: 1 szklanka obranych szalotek
15 orzechów
makadamia
1/2 łyżeczki pasty z fermentowanych krewetek
(belacan) lub 2 filety anchois
1 szklanka suszonych
krewetek
2 łodyżki pokrojonej w talarki trawy cytrynowej
5
zmiażdżonych ząbków czosnku
1 łyżka startego imbiru
tajskiego (galangalu)
1 posiekana czerwona papryczka chilli
(bez pestek)
10 suszonych czerwonych papryczek chilli
(namoczonych w wodzie, pozbawionych pestek)
1 łyżeczka
mielonego pieprzu kajeńskiego
1 łyżeczka mielonej
kolendry
1 łyżeczka mielonej kurkumy
4 listki
tajskiej bazylii
Laksa: 60 dag makaronu ryżowego
vermicelli
6 łyżek oleju z orzeszków ziemnych
2
łodyżki trawy cytrynowej
600 ml śmietanki kokosowej
2
łyżeczki soli
2 łyżeczki cukru
1 łyżeczka świeżo
zmielonego pieprzu
15 smażonych poduszeczek tofu (tofu puffs,
można zastąpić sakiewkami do inari sushi)
2 łyżeczki
posiekanej bazylii tajskiej do dekoracji
Dodatki (do wyboru):
kawałki pieczonego kurczaka
ugotowane krewetki
obgotowane
i pokrojone w plasterki przegrzebki
kiełki sojowe
pokrojony
w słupki ogórek
usmażone krokieciki rybne
Miksujemy
składniki pasty, dodając stopniowo ok. 3/4 szklanki wody.
Odstawiamy. Gotujemy makaron ok. 5 minut we wrzącej wodzie,
odcedzamy na sitku. W dużym garnku rozgrzewamy olej, dodajemy całą
przygotowaną pastę i smażymy 5 minut na średnim ogniu. Dodajemy 2
litry wody i trawę cytrynową. Zagotowujemy, zmniejszamy ogień i
gotujemy jeszcze 10 minut. Dodajemy śmietankę kokosową, sól,
cukier, pieprz i poduszeczki z tofu. Gotujemy 7 minut. Makaron
układamy na sitku i razem z sitkiem zanurzamy na 30 sekund w zupie.
Przekładamy makaron do talerzy i zalewamy zupą. Na wierzchu
układamy dodatki. Każdą porcję laksy posypujemy grubo posiekaną
tajską bazylią.