Speak pipe

23.7.12

Czy jemy zdrowo czyli 10 mitów o polskiej żywności


Czy jemy zdrowo czyli 10 mitów o polskiej żywności




Polak razem z chlebem, wędlinami i nabiałem zjada w ciągu roku dwa kilogramy środków chemicznych, czyli trzy pudełka proszków do prania.


W przyszłą środę przed sądem w Zielonej Górze staną dwie menedżerki z zakładów mięsnych w Sławie. Prokuratura oskarża je o fałszerstwo. Zakład sprzedawał bowiem wędzonkę z wirtualnej cielęciny. Na etykiecie zapewniano, że produkt zawiera 91 proc. mięsa, a wcale go w nim nie było. Podobnie zresztą jak w parówkach. Fałszowanie wędlin nie było jednorazowym incydentem, trwało kilka lat. Obu kobietom grozi do 10 lat więzienia. Teoretycznie, bo w ostatniej dekadzie nikt w Polsce za sfałszowanie żywności nie trafił za kratki. Producenci i handlowcy przyłapani na nielegalnym ulepszaniu wyrobów płacą zwykle kilkaset, góra kilka tysięcy złotych kary. Takie ryzyko można wliczyć w koszty produkcji, a interes i tak będzie opłacalny. Głównie dlatego, że polscy klienci szukają tanich produktów.


Z badań wynika, że 80 proc. Polaków przy zakupie żywności w pierwszej kolejności kieruje się ceną, bo są przekonani, że chronią ich wyśrubowane unijne normy, a krajowa żywność i tak bije na głowę zachodnie produkty. Niestety, polska żywność jest smaczna i zdrowa głównie w reklamach.


1. Polska żywność jest zdrowa i naturalna
Według utartej opinii największa przewaga rodzimej żywności nad jedzeniem z Wielkiej Brytanii czy Niemiec wynika z faktu, że polski rolnik jest zacofany, czyli gospodarzy na niewielkim skrawku ziemi i nie słyszał nigdy o nawozach sztucznych i opryskach. Tymczasem spośród prawie 2 mln polskich gospodarstw około 100 tys. większych (czyli co dwudzieste) dostarcza 80 proc. polskiej żywności. A te duże gospodarstwa stosują podobne metody hodowli i upraw co farmerzy z Zachodu, gdzie kurczak zamiast w pół roku dorasta na sterydach w półtora miesiąca, a na hektar ziemi rolnej sypie się 150 kg nawozów rocznie. Koncentracja postępuje też w przetwórstwie żywności. Pięć największych firm mleczarskich kontroluje 30 proc. rynku, a siedmiu największych przetwórców ryb – połowę rynku. Jeszcze bardziej skonsolidowane są rynki piwa, słodyczy czy mocnych alkoholi. I to właśnie duzi dostawcy, a nie małorolni chłopi, wykorzystujący do orki karmione owsem konie, zapełniają półki supermarketów.


2. Naturalne znaczy apetyczne


 Sprzedażą rządzi marketing. Dlatego „naturalny” w reklamach odmieniany jest przez wszystkie przypadki. Klienci zapominają jednak, że nie wszystko, co naturalne, chcieliby zjeść. Joanna Wosińska z fundacji konsumenckiej Pro-Test, z którą robiliśmy zakupy w warszawskim markecie, szybko wyszukuje na półce taki produkt: jogurt Bakomy z serii Polskie Smaki. Pod wieczkiem obok mleka, cukru i wsadu truskawkowego kryją się barwniki jak najbardziej naturalne: betanina i koszenila. Pierwszy pochodzi z buraków ćwikłowych, a drugi z wysuszonych ciał i jaj mszyc, poza przemysłem spożywczym wykorzystywany m.in. w środkach do odstraszania mrówek. Ponadto w jogurcie jest naturalny zagęstnik: żelatyna wieprzowa. Te dodatki to standard w produkcji jogurtów, keczupów i soków. Nie są toksyczne, ale czy apetyczne?





3. Ładne i okazałe znaczy zdrowe


 Kupujemy oczami i producenci nauczyli się to wykorzystywać. W sklepie nikt się nie zastanawia, dlaczego pomidory są wielkie jak melony, idealnie okrągłe, nieskazitelnie czerwone i nie są podobne do tych z domowego ogródka. Ten idealny wygląd uzyskują na plantacjach, gdzie uprawia się je w cztery tygodnie na podłożu z wełny mineralnej z wykorzystaniem nowoczesnych technologii farmaceutycznych – sterydów przyspieszających nabieranie masy (wody) i antybiotyków chroniących przed chorobami. Nie wyglądają, nie pachną ani nie smakują jak pomidor. Uważajmy też na pieczarki: idealnie białe mogły zostać wybielone roztworem chloru. Z grubsza można przyjąć, że im produkt większy i piękniejszy, tym ma więcej dodatków chemicznych i substancji konserwujących. Dlatego znajomy sadownik z okolic Tarczyna ma w sadzie jabłkowym wydzielone miejsce, gdzie uprawia owoce dla rodziny. – Nie są tak okazałe jak na handel, ale przynajmniej zdrowe – mówi. Nie zgadza się na ujawnienie nazwy firmy z obawy przed reakcją hurtowych klientów.








4 . Potrawy regionalne ostoją naturalnych metod produkcji


 Na targu pod Gubałówką w centrum Zakopanego jest prawdopodobnie największy wybór oscypków na świecie. Niestety 70-80 proc. to podróbki. Prawdziwy oscypek wyrabia się z mleka owczego, ale taki ser kosztuje 30-40 zł za 1 kg. „Oscypek”, w którym 30, 40, a nawet 90 proc. składników stanowi mleko krowie, jest o połowę tańszy. Zwłaszcza jeśli baca do produkcji użyje zagęszczaczy chemicznych. Tyle samo wspólnego z tradycyjną recepturą mają sery typu oscypek sprzedawane przez sieci handlowe. W podobny sposób obniża się koszty produkcji innych dań i produktów regionalnych: słynnej małopolskiej kiełbasy lisieckiej, podlaskiego sękacza czy trudno dostępnej śliwowicy łąckiej.





5 . Unijne normy chronią przed żywnością złej jakości


Jest odwrotnie. Przed wstąpieniem do Unii nasze normy żywnościowe były znacznie surowsze niż wspólnotowe. – Kiedyś mieliśmy inną filozofię i rzeczywistość – opowiada prof. Jan Ludwicki z Państwowego Zakładu Higieny. Jeśli dopuszczalna dawka konserwantu wynosiła od 10 do 50 jednostek, w Polsce zezwalano na 20, na Zachodzie na 50. – Szkoda, że po akcesji to my dostosowaliśmy się do unijnych standardów, a nie na odwrót – wzdycha prof. Ludwicki. W Unii nie ma na przykład przepisów regulujących jakość przetworów mięsnych, warzywnych, pieczywa i napojów bezalkoholowych. Można je faszerować konserwantami (E od 200 do 299), mimo że przynajmniej niektóre sprzyjają powstawaniu nowotworów. Z drugiej strony, wydłużają czas przydatności do spożycia i tym samym zapobiegają groźnym zatruciom. UE zmusiła polskich producentów do podniesienia standardów sanitarnych i bakteriologicznych. Nasza kiełbasa po wejściu do Unii jest więc bezpieczniejsza, ale bardziej naszprycowana chemią.


6 . Lepiej kupować żywność na bazarze lub w małym sklepiku niż w supermarkecie


 Niestety, właściciele osiedlowych sklepików i bazarowych straganów oraz sieci handlowe mają tych samych dostawców. W Polsce działa prawie 30 regionalnych hurtowych rynków spożywczych. – Wozimy towar zarówno na giełdę w Broniszach, jak i do sieci handlowych – mówi wspomniany sadownik z okolic Tarczyna. Między jabłkami, malinami czy kapustą z miejskiego bazaru, osiedlowego sklepiku czy dyskontu nie ma więc większej różnicy. Tylko u sprzedawców, którzy przykładają wagę do tego, czym handlują, jest szansa na kupienie sprawdzonej, smacznej żywności. Najlepiej jednak jej szukać bezpośrednio u właścicieli małych gospodarstw rolnych, którzy sprzedają niewielkie nadwyżki z domowej produkcji ziemniaków, jabłek, jaj czy drobiu.





7 . Certyfikat gwarancją jakości


Znaczki jakościowe i certyfikaty są raczej elementem strategii marketingowej niż wyznacznikiem jakości. Jednym z najbardziej rozpoznawalnych certyfikatów jest zielony znaczek eko. Łatwo go uzyskać, za to trudno stracić. – Każdy, kto zadeklaruje, że chce produkować żywność w sposób naturalny, bez używania środków chemicznych, może ubiegać się o certyfikat ekologiczny – mówi Urszula Sołtysiak, dyrektor jednostki certyfikującej Agro Bio Test. Jednak ekożywność nie jest każdorazowo badana przed wprowadzeniem do sprzedaży; podstawą przyznania certyfikatu jest dokumentacja producenta. Co więcej, instytucje certyfikujące wydają zgody na używanie w produkcji ekologicznej nasion konwencjonalnych, gdzie bez ograniczeń stosowane były pestycydy i nawozy sztuczne. Być może dlatego, jak dowodzą regularne badania niemieckiej Fundacji Warentest, żywność eko wcale nie wypada lepiej w testach na zawartość szkodliwych substancji i bakterii niż żywność konwencjonalna.








8. Tańsze nie znaczy gorsze


 Rzadko. Jedną z historyjek, jakie swoim klientom wciskają sieci handlowe, jest ta o pochodzeniu niskich cen. Cenę soku, czekolady czy lodów można jakoby zbić o kilkadziesiąt procent, jeśli producent wstawi towar do supermarketu. Wówczas nie ponosi wydatków na reklamę i atrakcyjne opakowanie. Stąd polędwica sopocka za 15 zł czy keczup za 99 groszy


Tymczasem to, co sieci handlowe sprzedają po atrakcyjnych cenach, producenci nazywają żywnością analogową, która tylko z wyglądu przypomina oryginały.Kilka lat temu w brytyjskiej sieci Sainsbury’s można było kupić za parę pensów jogurt, w którym nie było ani kropli mleka. Jogurty owocowe bez owoców i kiełbasa prawie bezmięsna już są w Polsce dostępne.








W przemyśle wędliniarskim funkcjonuje pojęcie dodatniej i ujemnej wydajności. Masarnia produkująca wędliny według starych receptur z kilograma mięsa wyprodukuje 0,6-0,8 kg szynki albo polędwicy. To wydajność ujemna, która oznacza, że szynka w detalu musi kosztować przynajmniej o 20 proc. więcej niż koszt zakupu mięsa potrzebnego do produkcji, czyli ponad 30 zł. Jednak większość zakładów mięsnych stawia na wydajność dodatnią i z kilograma mięsa może wyprodukować nawet dwa kilogramy szynki albo pięć kilogramów parówek. W wielu  sytuacjach producent analogu nie wędzi, tylko podsusza kiełbasę, a brązowy kolor nadaje barwnikiem w pomieszczeniu przypominającym lakiernię samochodową. Mieszance mięsnych odpadków i wody smak kiełbasy nadają aromaty, a atrakcyjny, różowawy kolor – fosforany, które można stosować prawie bez ograniczeń. Tak wyprodukowana kiełbasa analogowa kosztuje około 10 zł za kilogram.





 Dlatego razem z wędlinami, chlebem i przetworzonymi warzywami czy słodyczami przeciętny Polak zjada co roku około 2 kg chemikaliów. To wagowy ekwiwalent trzech pudełek proszków do prania. Dlatego półki z najtańszą żywnością warto traktować jak dział chemiczny. Wbrew bowiem temu, co wciskają nam sieci handlowe i branża spożywcza, za produkt wysokiej wartości trzeba sporo zapłacić. Choć i tak nie zawsze wysoka cena jest gwarantem jakości.





9. Etykietka prawdę ci powie


 Producenci żywności mają obowiązek umieszczać na opakowaniach wykaz składników użytych do produkcji, w tym substancji często uczulających, jak jaja, gluten czy orzechy. Z raportu UOKiK z grudnia 2009 r. i nadzorowanej przez ten urząd Inspekcji Handlowej wynika, że mniej więcej na co piątym opakowaniu można znaleźć nieprawdziwe informacje. Jogurt opisany z jednej strony opakowania jako waniliowy, a z drugiej owocowy, albo twaróg chudy, który jednocześnie jest twarogiem półtłustym, jeszcze można przeboleć. Ale ordynarnego oszukiwania w wykazie składników już nie. Weźmy pod lupę masło. Zgodnie z polską normą powinno zawierać przynajmniej 82 proc. tłuszczu pochodzącego z mleka i zero tłuszczy roślinnych. Tymczasem, jak twierdzi UOKiK, firma Lakpol International sprzedawała masło z 53-proc. udziałem roślinnych tłuszczów w składzie. Lepsi byli mleczarze z Mleczgalu, którzy wtopili w tzw. masło aż 84 proc. składników roślinnych.





Jeszcze większe pole do popisu mają producenci wędlin, którzy nie podlegają żadnym normom jakościowym, a jedynie sanitarnym. Mogą więc wypuszczać na rynek rozwodnione, barwione i sztucznie aromatyzowane produkty i sprzedawać jako polędwice, szynki albo kiełbasy suszone. Byle tylko poinformowali klientów o składzie. Rekordziści nie kryją się z tym, że ich wędliny składają się głównie z wody (do 80 proc. składu), inni ze wstydu zaniżają udział odpadów, którymi zagęszczają wyroby. Firma Stół Polski z Ciechanowca zapomniała poinformować klientów, że w jej salcesonie chłopskim można znaleźć szczecinę.


10. Tradycyjne i drogie znaczy lepsze


Na górnych półkach z drogimi majonezami, jogurtami czy czekoladami nie brakuje towarów, który wprawdzie nieźle smakują, ale są produkowane na skalę przemysłową i jak wszystkie tego rodzaju produkty są efektem kompromisu między wyglądem, zapachem a długim terminem przydatności do spożycia. Ulubiony chwyt producentów żywności klasy premium to tradycyjne receptury. Ile w tych zabiegach prawdy, pokazała decyzja UOKiK z lipca tego roku w sprawie prestiżowej sieci Krakowski Kredens, która dostała 5,6 tys. zł kary.





 Firma reklamowała swoje wyroby jako produkty wytwarzane według receptur sprzed stu lat, podczas gdy w rzeczywistości metody produkcji były nowoczesne. Wędliny zawierały zagęszczacze, substancje wzmacniające smak i zapach, stabilizatory, przeciwutleniacze i regulator kwasowości. Inny przykład? Chleb staropolski – droższy od powszedniego o 40 proc. – jak wynika z opisu, nie różni się od niego nawet ziarenkiem. Jest za to opakowany w szary papier z uroczym, stylizowanym na tradycyjne logo piekarni. Jak się nie dać oszukać, które produkty wycenione na 300 czy 400 proc. powyżej średniej są warte ceny? Najlepiej próbować. Albo szukać domowych wyrobów nie w sklepach, tylko na wsiach. Na forum internetowym rolnik spod Kielc rzucał gromami, komentując artykuł o ziemniakach eko po 5 zł za kilogram. – Nie stosuję żadnych chemikaliów, ale sprzedaję po 75 gr za kilogram – pisał. Joanna Wosińska z fundacji konsumenckiej Pro-Test zwraca uwagę, że w Polsce produkty ekologiczne są kilkakrotnie droższe od zwykłych, natomiast w Niemczech tylko o kilkadziesiąt procent. Kupując towary eko czasami jesteśmy podwójnie naciągani – i na jakości, i na cenie.








Zrób to sam:


 Najskuteczniejszym sposobem zabezpieczenia się przed plastikową żywnością jest samozaopatrzenie. W domowej kuchni można wyprodukować pełnowartościowe odpowiedniki żywności ze sklepu.





Pieczywo


Przygotowanie chleba wymaga tylko kilkunastu minut. Według najprostszej receptury ciasto przyrządza się z drożdży wymieszanych z wodą, które następnie łączy się z mąką i dodatkami, na przykład nasionami, a potem doprawia solą. Po wyrośnięciu ciasto trzeba jeszcze raz zamieszać i można rozpocząć pieczenie. Nieco więcej zaangażowania i czasu wymaga pieczenie tradycyjnego chleba na zakwasie, bo trzeba przygotować zaczyn z mąki razowej i wody. Kilogramowy bochenek chleba upieczonego w domu kosztuje około 5 zł.







Piwo


 Składniki, podobnie jak sprzęt (zwłaszcza kadź filtracyjna), są dostępne w sklepach internetowych. Słód wymieszany z wodą podgrzewa się do około 75 stopni, następnie filtruje i gotuje. Po ostudzeniu dodaje się drożdże. Na koniec fermentacji dorzuca się chmiel i po kilku dniach piwo jest gotowe do butelkowania. Jedna butelka będzie kosztować 4-5 złotych.





Wędliny


 Właściciele przydomowych ogródków mogą pokusić się o zakup lub wybudowanie małej wędzarni. Do przygotowania 10 kg smacznej kiełbasy potrzeba 14-15 kg mięsa wieprzowego z dodatkiem wołowiny lub drobiu. Po zmieleniu dodaje się 2-3 szklanki wody i przyprawy (sól, czosnek, pieprz) i za pomocą domowej maszynki do mięsa upycha się masę w jelitach (syntetycznych lub naturalnych). Wędzenie w dymie drzewa olchowego lub drzew owocowych trwa kilka godzin. Kilogram takiej kiełbasy kosztuje około 20 zł.

Dress for dinner


20.7.12

4 lipca Święto Hot Doga



 



Choć odsądzany od czci i wiary przez znawców zdrowego żywienia, hot-dog należy do ulubionych przekąsek mieszkańców wielu krajów. Doczekał się nawet swojego święta. Właśnie dziś, 4 lipca. W amerykański Dzień Niepodległości



Kilka "parówkowych" ciekawostek:
Amerykanie rocznie zjadają ok. 20 miliardów hot-dogów (średnio 60 sztuk rocznie na osobę). Najwięcej - nowojorczycy. Do miana "stolicy hot-dogów" aspirują też Chicago i kanadyjskie Toronto. W Polsce hot dog jest na pierwszym miejscu jako najpopularniejsze danie.

Najdłuższy hot dog świata miał ok. 60 metrów.
Standardowy  hot-dog starcza średnio na 6 kęsów.
Wśród sławnych miłośników hot-dogów była Marlena Dietrich (popijała je szampanem) i Al Capone. Podobno przy wózku z parówkami Bruce Willis oświadczył się Demi Moore (małżeństwo trwało 13 lat, sporo jak na hollywoodzkie standardy)
Najdroższego hot-doga oferuje restauracja Serindipity 3 w Nowym Jorku. Kosztuje 69 dolarów za sztukę. Parówka ma około 30 cm długości, przyprawiona jest czarnymi truflami i foie gras, a serwuje się ją w bułce grillowanej z masłem truflowym.
Nieoficjalnym mistrzem w jedzeniu na czas hot-dogów jest Japończyk, 34-letni Takeru Kobayashi, który w ciągu 10 minut zjadł  ich 69.
While you're frying up some eggs and bacon, we're cooking up something else: a way to celebrate today's food holiday.
Hot diggity dog! July is National Hot Dog Month.
During hot dog season (Memorial Day to Labor Day), 818 hotdogs are eaten every second. And on the Fourth of July, Americans devour approximately 150 million hot dogs; that's enough to stretch from coast to coast five times.
Depending on where you are, hot dogs can look and taste completely different. From slaw dogs in the South to Chicago dogs in the Second City to Detroit’s Coney dogs, cities take their hot dogs very seriously.

One of the first mentions of cooking sausages can be found in Homer’s 
Odyssey: "As when a man besides a great fire has filled a sausage with fat and blood and turns it this way and that and is very eager to get it quickly roasted."
Hot dogs have come a long way since Homer’s days. These days you’ll find bacon-wrapped, fried hot dogs and even chicken, turkey and veggie dogs.
As for toppings, a hot dog loves them all. Whether you stick to simple ketchup and mustard, add chili or sauerkraut, hot dogs do not discriminate. So, this month, take some time to experiment with a childhood classic that’s all grown u
5@5 is a daily, food-related list from chefs, writers, political pundits, musicians, actors, and all manner of opinionated people from around the globe.
Unless you're going rogue on some frankfurters this Fourth of July like thecompetitive eaters at Coney Island, you're going to want to make sure your dog is dressed to impress for the festivities.
Thankfully, Josh Sharkey and Brandon Gillis of Bark Hot Dogs have got all the fixins' to make sure your sausage turns up in the wiener's circle.
Five Tips for Hot Dog Success: Josh Sharkey and Brandon Gillis

1. 
Start with the classics
"Why mess with a good thing? We're big believers in keeping American classics classic. That's why we love Heinz for ketchup, French's and Gulden's for mustard and of course, Hellmann's for mayonnaise.
These condiments provide the perfect balance of sweetness, acidity, tang and fat for dressing dogs. Plus, they work so well with other all other toppings. If it isn't broke, why fix it?"
2. Pickles, pickles and more pickles
"We use a lot of pickles - 
bread & butter pickles, dill pickles, pickled red onions and pickled jalapeños to name a few. The crisp, sweet acidity of pickles provides the perfect contrast to the rich and fatty snap of a hot dog.
Want to make your own special relish, but don't have the time? Buy a few different types of pickles from the store, chop finely and you have relish in an instant.
Balance the relish out with some mayonnaise and mustard and you have hot dog nirvana."
3. Cabbage a million ways
"Cabbage is such a versatile condiment. We love how varying the cooking or preserving method can yield such a different array of condiments. You can pickle it, braise it, ferment it (sauerkraut), or slice it thinly and dress with oil and vinegar for an instant topping.
For our slaw dog, we take cabbage and carrots, salt them overnight, and then toss with our version of a traditional slaw dressing. The cool, sweet, and tangy slaw provides a nice counterbalance to the rich and smoky flavor of a dog.
If you want to be ambitious, braise sauerkraut with bacon, onions, wine and apples for a hearty topping for the dogs."
4. Meat-on-meat
"Take one part hot dog, add chili (
no beans please), smoky bacon or pulled pork and you have just created a carnivore's dream. The full flavor of a hot dog comes through with the addition of some soft, sweet and fatty braised or slow-cooked meat.
And if you want to ramp up the smoky qualities of your dog, a few pieces of crisp bacon will definitely do the trick.
To cut the richness of the meat-on-meat combo add some slaw or pickles. Either way you really can't go wrong. "
5. Putting it all together
"Let's face it - hot dogs are really hard to ruin. Just don't overload the dog with toppings. It shouldn't look like a clothes hamper from your college days. The idea is to dress the dog so that you can taste the flavor of the hot dog.
Try to play around with different flavor combinations such as sweet and sour or hot and spicy. Use braised pork shoulder with spicy slaw and mustard, or chopped pickles with marinated cabbage and mayo as a couple of options.
But if you ever find yourself in the vicinity of really great hot dog, we suggest you leave it plain and remember the reason why you came to love them in the first place."




18.7.12

Low Fat Foods Are They Better?

Low Fat Foods Are They Better?
A search for the term "fat-free" in the grocery section on Amazon.com brings up 3,386 products; "low-fat" yields 3,597. That's a vast array of food products in which no- or low-fat content is touted as a virtue. Many of them compensate for the fat's absence with extra sugar, corn syrup or other added sweeteners.
But the fact is, there appears to be very little hard evidence that
saturated fat - long reviled as the worst of the fats for heart health - really does raise heart disease risk. A review of studies supported by the Heart and Stroke Foundation of Canada concluded that there was "insufficient evidence of association" between saturated fat intake and risk of heart disease. Instead, it singled out foods with a high glycemic load - that is, sugar- and processed-carbohydrate-laden foods - in raising cardiovascular disease risk.

Government and industry have used shaky science to demonize natural fats and promote fat-free dairy products, processed grains and sweeteners. The fact is that natural fats and fat sources such as extra-virgin olive oil, butter, oily cold-water fish and even an occasional grass-fed, grass-finished steak are all good for you if eaten moderately as part of a low-glycemic-load diet. They supply essential fatty acids and a feeling of fullness, while helping to keep blood sugar levels, insulin and whole-body inflammation levels low and steady. No one's health is improved by swapping out natural saturated or monounsaturated fats for skim milk, sugars or processed grains.

secret history of BBQ sauce






If there's one issue that divides barbecue fans more deeply than any other, it's the kind of sauce that should be served on the meat - if, indeed, a sauce is to be served on it at all. Though it inspires passionate argument, the colorful variety of regional sauces - peppery vinegar-based in eastern North Carolina, orange tomato-based in Kansas City, yellow mustard in South Carolina - is actually a rather recent phenomenon.

Regional sauce variations originated in the early 20th century with the rise of barbecue restaurants. Before then, barbecue sauce was pretty much the same from state to state. It was generally not a condiment applied at the table, but rather used to baste the meat just before it was served.

From Virginia to Texas, 19th century accounts of barbecues are remarkably similar in their descriptions of the sauce. In 1882, a reporter from the Baltimore Sun visited a Virginia barbecue and noted male cooks mopping the meat with "a gravy of butter, salt, vinegar, and black pepper." A guest at a San Antonio barbecue in 1883 recorded the sauce as, "Butter, with a mixture of pepper, salt, and vinegar." In 1884, the Telegraph and Messenger of Macon, Georgia, described the sauce of noted barbecue cook Berry Eubanks of Columbus as, "made of homemade butter, seasoned with red pepper from the garden and apple vinegar."

Similar descriptions can be found of sauces in Kentucky and the Carolinas, too. Sweeteners - be they brown sugar, molasses, or honey - were notably absent from any 19th-century formulas.

Based on these descriptions, could one conclude that the eastern North Carolina–style sauce - which consists of vinegar, salt, black and red peppers, and not a trace of sugar - is the closest to the original? I'll let readers decide for themselves; that's not an argument I want to get in the middle of.

13.7.12

Ten Questions I look for when considering if a restaurant is really worth going to or not.



For this post, I thought it might be fun to work through the actual criteria I look for when considering if a restaurant is really worth going to or not.
Here are ten questions I try to ask before going to a restaurant. If you can answer most of these correctly, then the restaurant is probably worth a shot!
It’s important to note that I’ve eaten at places that answer incorrectly to all of these questions. I’m not trying to be high and mighty by asking them. They are just the questions I ask when determining if a restaurant is actually good.
Q1: Does the restaurant have a drive-through?
If the restaurant has a drive through, I’ll never recommend it to anybody. That means that they can prepare the food in just a few minutes and they value speed and convenience over anything else.
I rarely go out to eat to get a fast meal. If I want a fast meal, I cook a quesadilla at home. I go out to eat to relax and try new things.
Q2: How many items are on the menu?
Good restaurants don’t try to do everything. Good restaurants focus on a few dishes and make them exceptionally. If the menu is six pages long, you can almost bet that they are taking shortcuts. It’s just impossible for a kitchen to make that much stuff fresh.
Look for places that do just a few dishes and you’ll probably be better off.
Q3: Do they have something you’ve never seen before?
I love restaurants that are trying new dishes and flavors. If there isn’t at least one dish on the menu that I’ve never seen before, then they aren’t really trying.
Q4: Do they have a host/hostess?
Good restaurants know how important it is to greet your guests. Hosts keep the place organized and also are a clue that the place is busy enough to need someone at the front.
If the restaurant relies on servers to greet guests, that’s pretty iffy.
Q5: Are the drinks good?
If the place serves drinks, I sometimes will just go have a drink at the bar before going to eat there. If the restaurant takes the time to develop a good drink menu, then it’s a good sign that they care about the details.
It also means that, at a minimum, you can drink until the food tastes good. Kidding. Kind of.
Q6: Can you see the kitchen?
Good restaurants have nothing to hide. In fact, they have plenty to show off. If the kitchen is behind two swinging doors that you can’t see into, that’s not a great sign.
Q7: Is the owner a chef?
This might be a bit tricky to find out, but red flags go up for me when at least one owner isn’t a chef. If the owner is a chef, you’ll probably have a better chance that the restaurant cares about the food they put out and not just about the dollars.
Q8: Do they change their menu?
Is the menu the exact same all year? Do they ever have specials or new dishes?
If the answer is no then it means the chefs have probably lost their passion and are just pushing out stuff. Chefs that love to cook get inspired by the seasons and change menus regularly to reflect new trends or just to try new things.
Q9: Do they make hard things from scratch?
There are some things that are hard to do in a restaurant environment and if the place in question takes the time to do them, then it is a good sign that they really care about the food they put out. Stuff like baking fresh bread, making homemade pastas, and curing their own meats probably means you are in for a good meal.
Q10: Do they work with local farms?
Restaurants that take the time to source local ingredients are the ones that are going to be making stuff fresh and putting a lot of care and time into dishes. I don’t care if every single ingredient is local, but having stuff on the menu that is grown around the vicinity of the restaurant means that it’s super-fresh and in season.
What I don’t ask…
I don’t think price necessarily equates to quality. I’ve been to great restaurants that only sell $3 tacos.
While I do read reviews of places online before going, I don’t put a lot of weight in them. I’ve been to places with horrible online reviews and been pleasantly surprised. The reverse is also true.
I don’t judge a restaurant based on website. Most restaurant websites are just awful.

10.7.12

Beznadziejne Kebaby i Warzywa w Polsce Kapusta Pekińska i Kukurydza z puszki




Polskie kebaby są tak zawalone kapustą pekińską , że w ogóle nie można poczuć smaku mięsa.Prawdziwy kebab , nie zawiera jakiejkolwiek kapusty i innego świństwa które jest dodawane w Polsce ,zawiera tylko cienkie czasem marynowane plastry cebuli,mięso z jagnięciny polane sosem jogurtowo czosnkowym z dodatkiem marynowanej ostrej papryki do przegryzania na talerzu.Najlepsze kebaby które kiedykolwiek jadłem były w Berlinie przy stacji Zoo,Ankarze i w USA.W Polsce kebaby są to zwykłe niesmaczne zapychacze brzucha.

Kapusta Pekińska i Kukurydza z puszki
Gdziekolwiek jestem w restauracji lub w domu prywatnym na potęgę serwuje się w Polsce te warzywa.
Na sto sałatek liściastych 80 % zawiera kapustę pekińską która w ogóle nie jest żadną sałatą,smakuje jak dykta ale za to jest bardzo tania.Na 100 sałatek ziemniaczanych -90 % zawiera kukurydzę.Ukoronowaniem wszystkich dań meksykańskich jest również kukurydza .Kapusta pekińska nadaje się tylko do smażenia w woku lub marynat (Kim Chee po Koreańsku).Kiedyś mam nadzieje napisać książkę 1001 polskich dań z kapusty pekińskiej i kukurydzy.

Wolniej proszę-Slow food



Za mało odpoczywamy, za bardzo się spieszymy. Czas zwolnić tempo, powrócić do naturalnych produktów i celebrowania posiłków - nawołują zwolennicy filozofii spod znaku Slow
Wolniej proszę

Kiedyś ludzie walczyli o wolność, teraz powinni raczej o "powolność" - uważają zwolennicy ruchu Slow. Ich odpowiedź na zabójcze tempo współczesnego życia, pracy, a nawet zabawy, brzmi: zwolnij. Zanim stracisz poczucie sensu, zanim kompletnie się zagubisz, zanim przypomną ci o tym zawał, nerwica i depresja.

Pod nazwą Slow (z ang. powolny) nie kryje się żadna wielka organizacja, ruch ten nie ma rozbudowanych struktur czy legitymacji członkowskich, a mimo to liczba jego sympatyków stale rośnie. Niezależnie od dziedziny, którą się zajmuje (od jedzenia po pracę), postuluje spowolnienie nerwowego tempa narzucanego nam przez nowoczesną cywilizację, a właściwie - powrót do naszego naturalnego rytmu i harmonijne współistnienie ze światem.


Kult szybkości

Przyznajmy, że większość z nas, zwłaszcza w miastach, żyje dziś w biegu i nieustannym "niedoczasie", pod presją naglących terminów, z przyrośniętymi telefonem do ucha i komputerową myszą do ręki. Za mało śpimy, za dużo pracujemy, zaniedbujemy przyjaciół, współmałżonków i dzieci. Takiego tempa nie da się podkręcać w nieskończoność, dlatego wydaje się, że Slow Life (powolne życie) nie jest tylko kolejnym pseudotrendem z kolorowych magazynów, ale wyrazem autentycznej tęsknoty społecznej, nawet jeśli jej realizacja pozostaje jedynie nierealną mrzonką. Swego rodzaju rzecznikiem idei Slow został kanadyjski dziennikarz mieszkający w Londynie - Carl Honore, którego książka "Pochwała Powolności. Jak światowy ruch sprzeciwia się kultowi szybkości"przetłumaczona została już na 30 języków (wyszła także w Polsce). Jako zabiegany mieszkaniec londyńskiego molocha, Carl dobrze poznał na własnej skórze bolesne skutki kultu szybkości. W swojej książce zwraca uwagę, że od czasów rewolucji przemysłowej wciąż rośnie tempo pracy, życia, przemieszczania się, a skutek jest taki, że nasze czasy wymuszają na nas najszybsze życie w historii. O ile w poprzednich stuleciach szybkość życia więcej nam dawała, niż odbierała, dziś bardziej szkodzi, niż ułatwia.


Najpierw Rzym

Dochodzi do absurdów, które byłyby śmieszne, gdyby nie były zatrważające, jak np. przywoływane przez Honore'a kursy szybkiej jogi, jednominutowe bajki dla dzieci czy amerykańskie szybkie pogrzeby, w których żałobnicy podjeżdżają do trumny samochodami.Spowalnianie zaczęło się 20 lat temu w Rzymie. Wówczas to kulinarny recenzent Carlo Petrini powołał wraz z przyjaciółmi stowarzyszenie Slow Food, protestując w ten sposób przeciwko otwarciu fast foodu na zabytkowym placu Hiszpańskim.

Slow Food zachęca do celebrowania potraw, propaguje jedzenie przygotowywane według tradycyjnych receptur i jest dziś najbardziej znaną na świecie organizacją nurtu - ma ponad 150 tysięcy członków. Także najbardziej sformalizowaną,działa bowiem poprzez convivia zrzeszające ekspertów-smakoszy (jedno z nich od 2002 r. także w Krakowie). Organizuje Targi Smaku w Turynie, angażuje się w ochronę ginących lokalnych specjałów, które opatruje charakterystycznym logo przedstawiającym ślimaka (tzw. Arka Smaków), a nawet w edukację, czego dowodem Universita di Scienze Gastronimiche (Uniwersytet Nauk Gastronomicznych) mający swe oddziały w Parmie i Cuneo. To za sprawą takich organizacji jak Slow Food Unia Europejska dajecertyfikaty oryginalności regionalnym specjałom, jak francuski roquefort, szynka z Parmy czy nasz oscypek.


Praca, podróż, miasto

Po Slow Foodzie przyszedł czas na kolejne inicjatywy np. Slow Work. Pod tym hasłem kryje się zachęta do bardziej humanitarnego modelu pracy, w którym nie wyciska się pracowników jak cytryny, żądając wyśrubowanej wydajności kosztem ich zdrowia i życia rodzinnego. Są pierwsze osiągnięcia - 35godzinny dzień pracy we Francji, Szwecji i Belgii, takie programy społeczne, jak angielskie "piątki bez e-maili" czy Work Life Balance służący znalezieniu właściwych proporcji między karierą a życiem osobistym. W Austrii działa Organizacja na rzecz Spowolnienia Czasu, a w Seattle - Odbierz Swój Czas (Take Back Your Time). Istnieje również Slow Travel (powolne podróżowanie) - zamiast zaliczania zabytków pozostajesz w jednym miejscu i robisz to, co miejscowi, i Slow City - zrównoważony rozwój miast, wktórych zamiast hałasu, samochodów i agresywnych reklam proponuje się rowery, ekologiczne pozyskiwanie energii oraz działania na rzecz lokalnej społeczności. Małe kawiarenki, rodzinne restauracje i deptaki w miejsce rozpędzonych estakad i fast foodów.


Manifest w ośmiu punktach

Slow City to kilkadziesiąt małych i średnich miast europejskich, które mają ambicje stać się miejscem dobrym do życia i wychowywania dzieci. To, jak powszechnyjest to problem, pokazuje przypadek z innego kręgu kulturowego. W roku 2002 w Japonii - kraju owładniętym przecież obsesją szybkości i wydajności władze miasta Kakegawa zapoczątkowały japoński ruch Slow City, ogłaszając ośmiopunktowy manifest. Znajdziemy w nim m.in. postulat, by mantrę współczesnego świata "szybko, tanio i wydajnie" zastąpić nowym hasłem - "powoli, na luzie i wygodnie". Czy nie byłoby wspaniale żyć w świecie, który kieruje się takimi priorytetami?jest to problem, pokazuje przypadek z innego kręgu kulturowego. W roku 2002 w Japonii - kraju owładniętym przecież obsesją szybkości i wydajności władze miasta Kakegawa zapoczątkowały japoński ruch Slow City, ogłaszając ośmiopunktowy manifest. Znajdziemy w nim m.in. postulat, by mantrę współczesnego świata "szybko, tanio i wydajnie" zastąpić nowym hasłem - "powoli, na luzie i wygodnie". Czy nie byłoby wspaniale żyć w świecie, który kieruje się takimi priorytetami?

3.7.12

Czy już jadłeś W Singapurze?



Singapurczycy mają bzika na punkcie jedzenia. Nawet na powitanie pytają: "Czy już jadłeś?", a nie "Jak się masz?". I nic dziwnego, bo potrawy, w których przenikają się prawie wszystkie kuchnie azjatyckie, są zniewalające. A kosztują mniej niż byle fast food w Polsce
W sanskrycie Singapur oznacza "miasto lwa", ale lwów podobno nigdy tam nie było. Bardziej adekwatna jest jego wcześniejsza nazwa - Temasek, czyli "wodne miasto". Społeczność maleńkiego portu u wrót do krainy nieznanych przypraw, owoców i ryb wiedziała, jak wykorzystać jego znakomite położenie. Zmieniały się układy sił, Singapur przechodził z rąk do rąk, należał do Chińczyków, Malajów, Anglików, Malezyjczyków, aż w końcu - w 1965 r. - ogłosił niepodległość. Dzisiaj jest bramą do Azji i siedzibą kilku tysięcy międzynarodowych korporacji. I nie ma się czemu dziwić, skoro rok w rok Bank Światowy ogłasza, że to właśnie Singapur jest najlepszym na świecie miejscem do robienia interesów. Założenie tu firmy trwa 3 dni i nie wymaga żadnego kapitału, a system podatkowy należy do najbardziej przyjaznych na świecie.

Singapur to miasto zakazów i nakazów. Za wejście do metra ze śmierdzącym durianem - owocem narodowym - grozi kara

5 tysięcy dolarów singapurskich, czyli ponad 10 tysięcy złotych. Przewożenie gumy do żucia w bagażu może być uznane za przemyt, ponieważ w kraju obowiązuje ścisły zakaz jej importu i sprzedaży.

Można nie lubić zakazów, ale po wizycie w Singapurze ciężko oprzeć się wrażeniu, że w tym szaleństwie jest metoda.

Singapurskie metro jest czyste i przytulne, do butów nie przylepiają się gumy do żucia, a mieszkańcy rozumieją się nawzajem i szanują. I właśnie dzięki temu ponadkulturowemu zrozumieniu singapurskie jedzenie jest czymś więcej, niż tylko zbiorem dań z Chin, Indii i Malezji.
"Makansutra" ci podpowie

Najbardziej wyjątkowym tutejszym wynalazkiem kulinarnym nie jest jednak żadne konkretne danie, a instytucja hawker center, czyli zgromadzone pod jednym dachem uliczne stragany z jedzeniem. I tutaj od razu zastrzeżenie: singapurski street food to nie to samo, co jedzenie na ulicy w Bangkoku czy Kuala Lumpur. Warunki sanitarne w hawker centers są lepsze niż w większości europejskich restauracji. Potrawy przyrządza się na oczach klientów, kucharz w maseczce higienicznej to całkiem częsty widok, a w łazienkach wiszą specjalne plakaty z 7-punktowymi instrukcjami prezentującymi właściwą technikę mycia rąk (nigdy nie mieliśmy tak czystych!).

W mieście znajduje się ponad sto wielkich centrów kulinarnych, a w każdym z nich kilkuset ulicznych kucharzy przygotowuje swoje specjały. Aby można się było w tym jakoś połapać, powstała "Makansutra", czyli singapurska wersja przewodnika Michelin. "Makansutra" to dosłownie "księga jedzenia" (od malajskiego słowa "makan" - jedzenie - i sanskryckiego "sutra" - księga). W określeniu tym nie ma przesady, bo siódma edycja sprzed roku ma 480 stron i opisuje 1100 lokali.

Nad wszystkim czuwa fotograf KF Seetoh, który pod koniec lat 90. postanowił opowiedzieć światu o azjatyckim jedzeniu. Uznał bowiem, że nikt do tej pory nie zrobił tego tak jak trzeba. I chyba miał rację, bo kiedy niedawno gościł w programie telewizyjnym Marthy Stewart, prowadząca była zdumiona, że w Singapurze nie je się japońskich szaszłyczków yakitori, tylko indonezyjskie satay.
Uliczne jedzenie w "mieście lwa"

Przygodę z singapurskim ulicznym jedzeniem najłatwiej zacząć od centrum Makansutra Gluttons Bay (Raffles Ave 8) firmowanego przez KF Seetoha. Łatwo tam trafić, bo mieści się pod gołym niebem, przy nadmorskiej esplanadzie, tuż obok teatrów w kształcie połówek duriana. Widoki godne są trzygwiazdkowej restauracji, ale w tym miejscu (podobnie jak w innych hawker centers) nie ma ani kelnerów, ani menu z kartą win, a potrawy serwowane są nie na porcelanie, a na kolorowych talerzykach z grubego plastiku.

Żeby je dostać, trzeba najpierw odstać w kolejce.

Po złożeniu zamówienia najlepiej usiąść w zasięgu wzroku sprzedawcy, bo wtedy sam z radością przyniesie gotowe danie do stolika. Jeśli akurat nie ma wolnych miejsc, można się do kogoś przysiąść. Singapurczycy robią tak cały czas. Po prostu wskazują palcem na miejsce i pytają z wrodzoną sobie prostotą "Can?".

Na Gluttons Bay można zjeść najlepsze w mieście grillowane skrzydełka kurczaka. Ich przygotowanie trwa podobno 30 godzin, z naszego talerza znikają w ciągu minuty. Warto też się skusić na carrot cake, które nie ma nic wspólnego ani z marchewką, ani z ciastem. To smażony w woku omlet z jajek i japońskiej rzodkwi (stanowisko Huat Huat, 01-15F).

Wystarczy przejść parę metrów, żeby spróbować legendarnych szaszłyków satay podawanych na liściach bananowca (warto wiedzieć, że nie jest to jedynie stylizacja, ale sposób na zachowanie soczystości mięsa!). Dostaje się je w zestawie z sosem orzechowym i ryżowym ciasteczkiem ketupat (stanowisko Alhambra Padang Satay, 01-15C).

"Makansutra" wymienia 150 narodowych dań Singapuru, ale najbardziej obowiązkowe z obowiązkowych to rojak, laksa i kurczak po hajnańsku (albo po prostu chicken rice).

Najsłynniejszy rojak to ten z Old Airport Road (Blk 51 Old Airport Road, Toa Payoh Rojak, stanowisko 01-108). W przewodniku dostał najwyższą notę. Szybko rozumiemy, dlaczego. Składamy zamówienie i na naszych oczach stary mistrz Cheng Kok San wrzuca na grill mątwę i tofu. Jego żona kroi ananasa, mango i ogórki, a każdy kawałek dokładnie ogląda. Te gorsze, które nie zyskają jej aprobaty, od razu lądują w koszu. Dowiadujemy się, że kluczem do sukcesu jest sposób mieszania składników z sosem z owoców tamaryndowca i posiekanymi orzeszkami. Trzeba to robić delikatnie, ledwo dotykając składników. Przygotowany dla nas rojak jest chrupiący, słodko-kleisty od sosu, zarazem cierpki i korzenny. Jego smak trudno opisać, tak jak trudno opisać społeczeństwo Singapuru, które też bardzo często nazywane jest rojakiem, czyli po malajsku - mieszanką.
Miks chińsko-malezyjski, czyli kuchnia babci

Na przestrzeni wieków do Singapuru masowo przybywali chińscy kupcy. Nie zabierali ze sobą rodzin, więc wiązali się z Malajkami, które żyły na tych terenach. Z mieszanych małżeństw powstała nowa grupa etniczna - Peranakanie. Kobiety chciały gotować po swojemu, ale ich mężowie, jak to z mężami na całym świecie bywa, byli oporni na nowe smaki. Peranakanki zaczęły więc przemycać do potraw swoje ulubione składniki i tak powstała niezwykła kuchnia nyonya (co można przetłumaczyć jako kuchnię babci).

Sztandarowym przykładem peranakańskiego dania jest laksa, czyli gęsta kokosowa zupa (albo raczej rzadkie curry) z ryżowymi nudlami. Laksa to kulinarny kameleon. Bazą jest zawsze ostry, kokosowy wywar, ale dodatki można dobierać samemu - krewetki, przegrzebki, suszoną mątwę, smażone tofu, krokieciki rybne itd. Tradycyjnym składnikiem są liście laksy, w Wietnamie znane jako rau r m, a w innych miejscach jako wietnamska mięta albo wietnamska kolendra.
Klasyczne chińskie przepisy zadomowiły się w Singapurze do tego stopnia, że za narodowe danie uważany jest kurczak po hajnańsku. Oczywiście Peranakanki zadbały o to, żeby towarzyszył mu ostry sos z papryczek chilli. Według "Makansutry", najlepszego kurczaka można zjeść w Tian Tian (Maxwell Food Center, stanowisko 10). Podobno znany autor programów kulinarnych Anthony Bourdain po pierwszym kęsie zdołał wykrztusić z siebie jedynie: "Wow!".

Wcale mu się nie dziwimy. Kurczak po hajnańsku jest niebiańsko delikatny, aromatyczny i soczysty, ale to, co jest w nim najbardziej niezwykłe, to aksamitnie gładka skórka w kolorze porcelany. Sekret? Kurczaka gotuje się w ledwo wrzącym wywarze z czosnkiem i imbirem, a następnie, dla wygładzenia skórki zanurza się go w lodowatej lodzie.

W Singapurze na kurczaka po hajnańsku mówi się zazwyczaj po prostu chicken rice (i właśnie pod tą nazwą figuruje w "Makansutrze"), bo równie ważną częścią dania jest ryż.Przygotowuje się go zupełnie inaczej niż zwykły chiński ryż, bo najpierw ziarna obsmaża się z czosnkiem i sezamem, a dopiero potem zalewa je naprawdę tłustym i aromatycznym wywarem z kurczaka.
Kawa-lepik do popicia

W Singapurze przez cały rok jest gorąco. Wilgotność powietrza przekracza 80%, w gardle zasycha szybciej niż na rajdzie Dakar. Pewnie dlatego co krok da się kupić pyszne soki i napoje. Za singapurskiego dolara (ok. 2 zł) można dostać olbrzymi kubek mleka sojowego, świeżo wyciśniętego soku z trzciny cukrowej, soku ze słonej śliwki albo soursopa (czyli inaczej guanabany).

Słona śliwka smakuje, jakby ktoś niechcący sypnął soli do kompotu z suszu, ale za to soursop jest pyszny. Jego smak przywodzi na myśl truskawki, ananasy, kiwi, kokosy i banany.

Na napój o tajemniczo brzmiącej nazwie grass jelly zdecydowaliśmy się po tygodniu podchodów, bo wygląda jakby pływały w nim jakieś czarne robaczki, a tak naprawdę to po prostu galaretki zrobione z rośliny podobnej do mięty. Warto było zaryzykować, bo nic nie odświeża w upały tak, jak on (wg chińskiej medycyny ma silne właściwości chłodzące).

Jedyna w swoim rodzaju jest też singapurska kawa. Słodka, wręcz lepiąca, zagęszczona skondensowanym mlekiem. Nam najbardziej smakuje ta podawana na China Square, w kultowym Ya Kun Kaya. Lokal istnieje od 1944 roku i po dziś kawę zaparza się tam w czymś w rodzaju pończochy. Na jednej ze ścian wisi nawet plakat z napisem: "Może i Francuzi mają ekspresy, ale my mamy swoje pończochy!". Do takiej kawy zamawia się kaya toast, czyli grzankę z solonym masłem i zielonkawym dżemem z mleka kokosowego, żółtek i liści pandanu.

Hitem na upały jest też teh tarek, dosłownie "rozciągana herbata". A rozciągana dlatego, że przed wlaniem do kubka przelewa się ją wielokrotnie pomiędzy szklankami (mistrzowie trzymają szklanki w odległości ponad metra od siebie). Sprzedawcy nie robią tego, żeby szpanować przed klientami, ale po to, by herbata nabrała właściwego aromatu i zyskała orzeźwiającą piankę.

Jeżeli kiedykolwiek będziecie w Singapurze, idźcie na ulicę Telok Ayer w Chinatown, do centrum Amoy. Na pierwszym piętrze odszukajcie stanowisko 02-85. Sprzedawca nazywa się Rafee, a jego pracownik do złudzenia przypomina Osamę bin Ladena. Poproście Rafee'go o herbatę teh tarek, tylko zaznaczcie, żeby była kurang manis, mniej słodka. Potem idźcie na parter i przy stoisku 01-18 zamówcie bak chang. Kiedy właściciel sprawnym ruchem rozetnie piramidkę z liści, znajdziecie w środku pyszne ryżowe ciasteczko wypełnione grzybami, mielonym mięsem i kasztanami wodnymi. A potem poproście o przepis. My nie mieliśmy odwagi i teraz żałujemy.
Won ton mee (dla 4 osób)

Pierożki: 10 dag mielonej wieprzowiny (połowę można zastąpić mielonymi krewetkami),

1 posiekana cebula,

1 jajko,

1 zmiażdżony ząbek czosnku,

1 łyżka sosu sojowego,

1 łyżeczka utartego świeżego imbiru,

5 drobno posiekanych kasztanów

wodnych (lub kalarepy),

16 kwadratów ciasta do won tonów (lub po prostu ciasta pierogowego)
Oraz: 2 łyżeczki oleju z orzechów ziemnych,

4 łyżki oleju sezamowego (z prażonego sezamu),

po 4 łyżeczki sosu sojowego i słodkiego sosu chilli,

1 kapusta bok choy,

20 dag pieczonej karkówki lub schabu,

4 marynowane zielone chilli,

40 dag chińskiego makaronu

pszennego, 500 ml wywaru mięsnego

Składniki nadzienia mieszamy dokładnie w misce. Na każdy kwadrat ciasta kładziemy czubatą łyżeczkę farszu. Smarujemy brzegi wodą i zlepiamy jak sakiewki. Gotujemy we wrzącej, osolonej wodzie około 5-6 minut. W dużej misce mieszamy oba rodzaje oleju z sosem sojowym i sosem chilli. Z kapusty obcinamy dolne pół centymetra. Resztę kroimy wzdłuż na ćwiartki, dzielimy na liście i blanszujemy we wrzącej wodzie (około 2 minut). Mięso i papryczki chilli kroimy w cienkie plasterki. Makaron gotujemy we wrzącej wodzie około 5 minut (al dente). Odcedzamy i przelewamy zimną wodą. Zanurzamy go z powrotem na kilka sekund w gorącej wodzie, odsączamy i dodajemy do miski z sosem. Dokładnie mieszamy i układamy w miseczkach. Na wierzchu układamy plastry mięsa, chilli, liście kapusty i pierożki won ton. Do oddzielnych miseczek nalewamy wywar mięsny i popijamy nim danie.
satay Szaszłyki z baraniny
(dla 4 osób)

Sos satay: 5 suszonych czerwonych papryczek chilli (namoczonych, pozbawionych pestek),

5 obranych szalotek,

1 posiekany ząbek czosnku,

1 łodyżka trawy cytrynowej (posiekana),
1 szklanka orzechy ziemne
2 łyżki oleju arachidowego,

250 ml śmietanki kokosowej,

1 łyżeczka brązowego cukru,

2 łyżeczki soku z limonki,

10 dag masła orzechowego z kawałkami orzeszków, sól
Marynata: po 1 łyżeczce nasion kolendry i kuminu,

po 1/2 łyżeczki mielonej kurkumy i nasion kopru włoskiego,

7 obranych szalotek,

3 posiekane ząbki czosnku,

1 łodyżka posiekanej trawy cytrynowej,

1 łyżka pasty z tamaryndowca (namoczonej w wodzie),

po 1 łyżce posiekanego imbiru tajskiego (galangalu) i zwykłego imbiru,

1,5 łyżeczki soli,

2 łyżeczki cukru

Oraz: 1 kg baraniny bez kości, olej roślinny do smarowania, liście bananowca

Robimy sos. Miksujemy chilli, szalotki, czosnek, i trawę cytrynową na jednolitą pastę. Podsmażamy pastę na oleju przez ok. 5 minut. Dodajemy śmietankę kokosową, cukier i sok z limonki, zagotowujemy, ciągle mieszając. Dodajemy masło orzechowe i smażymy na małym ogniu jeszcze przez 2-3 minuty. Solimy i rozcieńczamy odrobiną przegotowanej wody, według uznania.Rozdrabniamy orzeszki ziemne i dodajemy do sosu satay

Przygotowujemy marynatę do mięsa. Prażymy kolendrę, kumin, nasiona kurkumy i kopru włoskiego na suchej patelni. Rozcieramy wszystko w moździerzu na jednolitą pastę. W robocie kuchennym miksujemy powstałą pastę, szalotki, czosnek, trawę cytrynową, pastę z tamaryndowca, galangal, imbir, sól i cukier. Do marynaty wkładamy pokrojone w kostkę mięso, przykrywamy folią i odstawiamy do lodówki na co najmniej 4 godziny (możemy też pozostawić na noc, żeby mięso mocniej przeszło smakiem marynaty). Moczymy patyczki do szaszłyków w wodzie przez około 30 minut, żeby nie spaliły się podczas grillowania. Nabijamy zamarynowane mięso na patyczki i smarujemy olejem. Grillujemy (5-8 minut) najlepiej na węglu drzewnym, ciągle obracając, i wachlujemy mięso wachlarzem. Podajemy je, z sosem satay do maczania. Pamiętajcie - sos powinien mieć temperaturę pokojową.
Rojak (dla 3-4 osób)

1/2 szklanki niesolonych orzeszków ziemnych bez skórki

1 łyżka pasty z tamaryndowca

3 łyżki brązowego cukru

1 posiekana papryczka chilli

1/2 łyżeczki soku z limonki

3 łyżki sosu sojowego

1 obrany zielony ogórek
1 obrane mango

1/3 obranego ananasa

4 podłużne ptysie pokrojone na kawałki

Orzeszki prażymy na suchej patelni, a później drobno siekamy. Pastę z tamaryndowca przekładamy do miseczki, wlewamy 75 ml gorącej wody, mieszamy i pozostawiamy na 15 minut. Przecieramy przez sitko, dodajemy cukier, chilli, sok z limonki i sos sojowy. Ogórka i owoce kroimy na kawałki, mieszamy w misce razem z ptysiami, polewamy stopniowo sosem i mieszamy delikatnie rękoma. Sos powinien podkreślać smak owoców, nie może go zdominować. Posypujemy orzeszkami. Jemy od razu!
Laksa
(dla 6 osób)

Pasta: 1 szklanka obranych szalotek

15 orzechów makadamia

1/2 łyżeczki pasty z fermentowanych krewetek (belacan) lub 2 filety anchois

1 szklanka suszonych krewetek

2 łodyżki pokrojonej w talarki trawy cytrynowej

5 zmiażdżonych ząbków czosnku

1 łyżka startego imbiru tajskiego (galangalu)

1 posiekana czerwona papryczka chilli (bez pestek)

10 suszonych czerwonych papryczek chilli (namoczonych w wodzie, pozbawionych pestek)

1 łyżeczka mielonego pieprzu kajeńskiego

1 łyżeczka mielonej kolendry

1 łyżeczka mielonej kurkumy

4 listki tajskiej bazylii

Laksa: 60 dag makaronu ryżowego vermicelli

6 łyżek oleju z orzeszków ziemnych
2 łodyżki trawy cytrynowej

600 ml śmietanki kokosowej

2 łyżeczki soli

2 łyżeczki cukru

1 łyżeczka świeżo zmielonego pieprzu

15 smażonych poduszeczek tofu (tofu puffs, można zastąpić sakiewkami do inari sushi)

2 łyżeczki posiekanej bazylii tajskiej do dekoracji

Dodatki (do wyboru): kawałki pieczonego kurczaka

ugotowane krewetki

obgotowane i pokrojone w plasterki przegrzebki

kiełki sojowe

pokrojony w słupki ogórek

usmażone krokieciki rybne

Miksujemy składniki pasty, dodając stopniowo ok. 3/4 szklanki wody. Odstawiamy. Gotujemy makaron ok. 5 minut we wrzącej wodzie, odcedzamy na sitku. W dużym garnku rozgrzewamy olej, dodajemy całą przygotowaną pastę i smażymy 5 minut na średnim ogniu. Dodajemy 2 litry wody i trawę cytrynową. Zagotowujemy, zmniejszamy ogień i gotujemy jeszcze 10 minut. Dodajemy śmietankę kokosową, sól, cukier, pieprz i poduszeczki z tofu. Gotujemy 7 minut. Makaron układamy na sitku i razem z sitkiem zanurzamy na 30 sekund w zupie. Przekładamy makaron do talerzy i zalewamy zupą. Na wierzchu układamy dodatki. Każdą porcję laksy posypujemy grubo posiekaną tajską bazylią.