Speak pipe

17.9.07

HEROINA moda marynarzy i artystów al`a Newsweek

Handel narkotykami od czasów II wojny światowej związany był z finansowaniem tajnych operacji zbrojnych, prowadzonych przez CIA... Międzynarodowy handel narkotykami jest metodą zabezpieczania przewagi ekonomicznej imperium handlowego.

Międzynarodowy system finansowy zaangażowany jest obecnie w operację prania 1,5 biliona dolarów rocznie i generuje około 500 miliardów dolarów dochodu w czystej gotówce. Celowi temu służą „raje finansowe”, takie jak np. karaibskie Kajmany, gdzie zarejestrowanych jest ponad 430 banków i 70 000 korporacji, czyli 1,5 na każdego mieszkańca tej niewielkiej społeczności...
„Problemem społecznym w naszej cywilizacji narkotyki stały się dopiero w XX wieku, a mówiąc dokładniej – po I wojnie światowej” – ogłosił kiedyś z beztroską ignorancją w artykule „Stulecie narkotyków” Marek Karpiński na łamach magazynu Newsweek, głównego promotora politycznego dyletanctwa w Polsce. „Problem społeczny”, czyli – jak pisze – „modę” na narkotyki zawdzięczamy rzekomo marynarzom i artystom. Wielkie zło, jak powinniśmy rozumieć, przybyło do naszej cnotliwej kultury z dalekich Chin.
Mało rzeczy wiąże się ściślej z historią polityczną kapitalizmu niż kultura mafijna i handel narkotykami. Organizowane przez korporacje bale w stylu „Chicago lat 20.” są tylko epizodycznym wspomnieniem wielkiej tradycji. Nie wzbudzają na pewno kontrowersji, choć temat, trzeba przyznać, pozostaje w tym samym stopniu delikatnym co tajemniczym.
Marynarze i artyści

„Początek współczesnej ery handlu opium datuje się na rok 1773, kiedy to brytyjska Kompania Wschodnioindyjska objęła kontrolę nad eksportem opium z Indii do Chin” – pisał w swojej obszernej pracy historycznej „The Politics of Heroin. CIA Complicity in the Global Drug Trade” profesor historii Azjii południowo-wschodniej na Uniwersytecie Wisconsin-Madison, Alfred W. McCoy. Po zmonopolizowaniu przedsięwzięcia eksport opium do Chin wzrósł z 75 ton (w latach 1770) do 3200 ton w połowie XIX w. Chiny, które bezskutecznie przeciwstawiały się importowi tego towaru, zmuszone były stoczyć z imperium brytyjskim dwie wojny, które przeszły do historii, jako „wojny opiumowe”, niezbyt chwalebnie wpisujące się w schematy historycznych stereotypów na temat ideałów gospodarczej wolności, za którą walczyli z krzyżem na piersiach nieustraszeni bohaterowie zachodniej cywilizacji.
W pierwszej połowie XIX w. brytyjski handel zdołał przekształcić opium z artykułu luksusowego w towar masowy, uzyskując obrót podobny do innych popularnych stymulatorów, takich jak kawa, herbata czy kakao. Pomimo iż całkowity tonaż nie przekraczał obrotu, uzyskiwanego z rocznego zbioru herbaty na poziomie 90 000 ton, jego wartość handlowa była znacznie wyższa. Bezspornie, opium stanowiło w XIX w. główny towar całkowitej międzynarodowej wymiany handlowej, zdominowanej i nadzorowanej przez mocarstwa zachodnie
W 1821 r. brytyjski pisarz Thomas De Qeicey jako pierwszy zwrócił uwagę na problem uzależnienia, publikując esej „Confessions of an English Opium Eater” (wyznania angielskiego konsumenta opium). Pochodne produkty opium, takie jak morfina i niezwykle trudna do otrzymania heroina były zdobyczami nowoczesnego przemysłu farmaceutycznego. Morfinę, uzyskaną po raz pierwszy w 1805 r., wprowadziła na rynek w 1827 r. niemiecka firma E. Mereck&Company z Darmstadt. W 1874 r. angielski badacz C. R. Wright uzyskał, w wyniku kilkugodzinnego procesu chemicznego, diacetylomorfinę. Testy prowadzone na psach wykazały, że środek wywołuje „wielkie wyczerpanie organizmu, lęki, ospałość... i lekką tendencję do wymiotów”. Angielski chemik zdecydował zaprzestać dlatego dalszych eksperymentów. Mimo tego w 1898 r. niemiecka firma Bayer Company z Elberfeld rozpoczęła masową produkcję diacetylomorfiny, wprowadzając na rynek swe „lekarstwo” pod nazwą „heroiny”. (3) W ten sposób „marynarze” i „artyści” wwieźli do zachodniej cywilizacji „problem społeczny”, który prestiżowe czasopismo polityczne Newsweek nazywa naukowo „modą”.

Pomimo iż badacze medyczni zaczęli analizować problem uzależnienia od opioidów jeszcze w XVIII w., powszechna świadomość zagrożenia ze strony cudownych leków (w tym m.in. heroiny, morfiny, a także kokainy) ugruntowała się dopiero pod koniec XIX w. Potrzeba było dziesięcioleci aby wiedzę medyczną uwzględnić w reformach legislacyjnych. Dlaczego? Gdybyśmy wszyscy rozumieli, jak funkcjonuje system kapitalistyczny, potrafilibyśmy to łatwo zrozumieć. Niestety, poznanie historii kapitalizmu z wielką skutecznością i nieskrywanym cynizmem utrudniają nam takie czasopisma jak Newsweek, wg którego do I wojny światowej „problemu uzależnienia jeszcze nie rozpoznano”. By skompromitować tę wyssaną z palca tezę wystarczy przypomnieć, znaną chyba każdemu, najsłynniejszą i najczęściej cytowaną frazę Karola Marxa „Die Religion ... ist das Opium des Volkes“, która nie pozostawia raczej wątpliwości, w jakim stopniu uzależnienie od opium musiało być rozpoznane aby metafora miała szansę zaistnieć w 1848 r. i rozpowszechnić się z tak spektakularnym powodzeniem.
W XIX w. „handlarze opatentowanych leków byli największymi reklamodawcami prasowymi w USA, Wielkiej Brytanii i Australii, konsekwencją czego w interesie prasy nie było publikowanie informacji szkodzących sprzedaży”. W 1905 r. w magazynie Collier’s, Samuel Hopkins Adams odnotowywał, że wiele czołowych amerykańskich gazet związanych jest długoterminowymi kontraktami reklamowymi, zawieranymi z handlowcami patentowanych leków, które to kontrakty posiadają klauzulę, że umowa może zostać zerwana, jeśli ustawodawstwo ograniczy sprzedaż ich produktów”. Chroniony przed krytyką handel środkami medycznymi rozwinął się w potężny przemysł, którego obroty w 1900 r. osiągnęły wartość 250 mln. dolarów”. „Opium - pisał historyk Terry Parssinen – było wiktoriańską aspiryną, jak Lomotil, Valium i Nyquil, którą można było nabyć w chemicznym sklepie za rogiem dosłownie za grosze”. (4)
Głównym powodem, dlaczego nasza wiedza i wyobrażenie na temat narkotyków są tak dziwaczne i zabobonne, jest polityczne tabu. To właśnie tajemnica z tym związana wymaga aby w narkotykach dostrzegać tylko „problem społeczny”, czyli problem „marynarzy i artystów”.
Polityczne tabu
Międzynarodowy handel narkotykami - podkreśla Peter Dale Scott, kanadyjski dyplomata, profesor Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley - jest metodą zabezpieczania przewagi ekonomicznej imperium handlowego. Obrona tej praktyki handlowej – przemytu opium z Indii do Chin przez Kompanię Wschodnioindyjską – była motywacją do napisania „On Liberty” przez Johna Stuarta Milla. (5)

Handel narkotykami spełnia do dziś identyczną rolę. Międzynarodowy system finansowy zaangażowany jest obecnie w operację prania 1,5 biliona dolarów rocznie, (wg danych Międzynarodowego Funduszu Walutowego) i generuje około 500 miliardów dolarów dochodu w czystej gotówce. (6) Celowi temu służą „raje finansowe”, takie jak np. karaibskie Kajmany, gdzie zarejestrowanych jest ponad 430 banków i 70 000 korporacji, czyli 1,5 na każdego mieszkańca tej niewielkiej społeczności, która nie byłaby w stanie zaludnić Gniezna, Zamościa czy Głogowa.

Uzależnieni od narkotyków Amerykanie są więc ofiarami najbardziej dochodowej działalności kryminalnej, w którą zaangażowanych jest miliony chłopów w górskich regionach Azji, tysiące skorumpowanych przedstawicieli rządowych, wyspecjalizowanych karteli kryminalnych i agencji rządowych USA. Ofiary narkomanii stanowią końcowe ogniwo łańcucha tajnych transakcji kryminalnych. Transakcje te, mające swój początek na azjatyckich polach makowych, prowadzą - poprzez tajne laboratoria chemicznej produkcji heroiny w Europie i Azji i za sprawą doskonale zorganizowanych sieci międzynarodowych połączeń handlowych - prosto na ulice wielkich miast. Opinia publiczna zmuszona jest wierzyć, że wwożenie na teren USA setek ton narkotyków rocznie odbywa się w sposób „niewidoczny” dla państwa, uzbrojonego po zęby w system satelitarnej kontroli planety, o którego możliwościach obywatele nie są nawet informowani.
Handel narkotykami od czasów II wojny światowej związany był z finansowaniem tajnych operacji zbrojnych, prowadzonych przez CIA.* Choć związek ten powinien być ewidentny dla każdego początkującego gliniarza, to w umysłach osób głęboko wierzących w symbole cywilizacji, spowijać może go gęsta mgła niepewności, uniemożliwiająca krytykę narzuconej hierarchii politycznej, która identyfikowana jest z najwyższymi wartościami kultury. Niepewność ta prowadzi do rezygnacji z prawa do kwestionowania przemocy, stosowanej przez aparat władzy i kształtuje postawę, którą, nie bezzasadnie, nazwać można by mianem „proamerykańskiego fundamentalizmu”. Jej siła polega na niedopuszczaniu do świadomości wszelkich racjonalnych argumentów, które kwestionują dominującą hierarchię i godzą w symbole władzy.

Krótko po inwazji amerykańskiej na Irak, w maju 2003 roku, pakistański dziennik Balochistan Post donosił, że Bagdad – który nigdy wcześniej nie miał problemu z narkotykami i nigdy nie widział nawet heroiny – nagle został „zalany narkotykami – z heroiną włącznie”. Brytyjski Idependent donosił, że narkotykami handluje się na ulicach, a do czasu inwazji USA w kraju tym nie były dostępne żadne narkotyki. Nagłówek prasowy brzmiał: „Tam gdzie działa CIA, tam kwitnie handel narkotykami – po Afganistanie heroiną zalano Bagdad”. Do 2001 r. rząd Talibów w Afganistanie zdołał zredukować – kiedyś bardzo wielką - produkcję opium do 180 ton w skali rocznej. Po inwazji USA, pierwszy rok zbiorów (2002 r.) - według szacunków ONZ - przyniósł plony wielkości 3700 ton, a rok 2003 odnotował kolejny rekord na poziomie 4000 ton. W listopadzie 2003 r. agencja Reutera doniosła, że obecny zbiór maku był nawet 36 razy wyższy od plonów, zebranych w ostatnim roku panowania Talibów. W roku 2004 spodziewano się dalszego wzrostu produkcji nawet o 50%. Trzeba wspomnieć, że jedną z pierwszych rzeczy, jaką siły zbrojne USA i CIA dokonały w tym kraju, było zwolnienie z więzień wielu, znanych z produkcji opium, mafiozów, którzy, jak oświadczono, mieli asystować siłom zbrojnym USA. Wypuszczony na wolność Ayub Afridi został zatrudniony przez CIA z zadaniem zjednoczenia miejscowych liderów.
Najbardziej chyba charakterystyczną cechą, rozpętanej przez Busha seniora „wojny z narkotykami” był fakt, że w jej wyniku spożycie narkotyków w USA nie zmalało nawet o gram. Od lat 80. konsumpcja kokainy w USA utrzymuje się na poziomie około 500 ton rocznie, co wydaje się niezwykle interesujące, biorąc pod uwagę fakt, że w 1979 r. (przed neoliberalnym objawieniem republikańskich wartości) spożywano jej tylko 80 ton. Co ciekawsze, biorcą największej od lat pomocy gospodarczej USA w Ameryce Łacińskiej jest Kolumbia. Rządzony przez mafijną juntę kraj, jest eksporterem niemal całej kokainy konsumowanej na świecie, przy czym wskaźnik nadużyć związanych z łamaniem praw człowieka (tortury i polityczne egzekucje) daje temu państwu niezagrożoną pozycję lidera na półkuli zachodniej.

W maju 2001 r. korporacja finansowa Citigroup za sumę 12 mld dolarów przejęła Banco Nacional de Mexico (Banamex). Właściciel banku Roberto Hernandez - znany powszechnie na „Półwyspie Kokainowym”, czyli Jukatanie, jako właściciel największej pralni pieniędzy mafijnych w Meksyku – zasiadł w radzie nadzorczej Citigroup wraz z byłym dyrektorem CIA Johnem Deutschem i byłym sekretarzem skarbu Robertem Rubinem. Nic w historii współczesnego kapitalizmu nie współgra ze sobą w sposób bardziej harmonijny i przebojowy niż kwartet: mafia-CIA-Waszyngton-Wall Street. Nazwiska sześciu spośród siedmiu pierwszych dyrektorów CIA – pisał na początku lat 70. Peter Dale Scott – znajdowały się na nowojorskim „social register” (spisie najbardziej wpływowych i zamożnych osobistości, tworzących elitę miasta).

Jednym z głównych wątków największej afery politycznej administracji Reagana, było wykorzystanie narkotyków jako tajnego źródła finansowego wsparcia oddziałów Contras, stanowiących zbrojną opozycję do rządzącej w Nikaragui ludowej partii politycznej Sandynistów. W raporcie Kerry’ego, złożonym przed amerykańskim Senatem w grudniu 1988 r., stwierdzono oględnie: „w istocie wyżsi urzędnicy państwowi USA nie byli nieświadomi faktu, że fundusze z handlu narkotykami były idealnym rozwiązaniem problemu finansowania oddziałów Contras”. Przyznajmy, że styl, może nie do końca marynarski, ale z całą pewnością artystyczny.
Pierwsze wydanie klasycznej już dzisiaj pracy historycznej Alfreda McCoya „The Politics of Heroin”, traktującej o współudziale CIA w światowym handlu narkotykami, ukazało się w roku 1972. Od tego czasu publikacja, kilkukrotnie wznawiana i poszerzana, stanowi jedną z najważniejszych pozycji historycznych, nie tylko dla studentów politologii ale dla każdego, kto chce zrozumieć funkcjonowanie międzynarodowego handlu narkotykami i rolę, jaką odgrywa w nim Centralna Agencja Wywiadowcza. W artykule „Stulecie narkotyków”, zamieszczonym na łamach opiniotwórczego magazynu politycznego Newsweek - ponad 30 lat od pierwszego wydania książki McCoya - trzy litery: „CIA” nie pojawiły się ani razu. Fakt ten zasługuje na refleksję.
Jest prawdą, której zaprzeczanie wykracza poza sferę zdrowego rozsądku, że każda instytucja totalitarna (jaką jest np. korporacja medialna The Washington Post Company, właściciel magazynu Newsweek) przeciwstawia się demaskowaniu faktów, których ujawnienie podważałoby rację jej istnienia lub utrudniało działanie. Funkcjonowanie struktur autorytarnej władzy możliwe jest tylko dzięki tajemnicy, utrzymywanej w celu uniemożliwienia kwestionowania logiki, która sankcjonuje ich istnienie. Wiek przemysłowy, w którym byliśmy świadkami powstawania wielkich, totalitarnych imperiów korporacyjnych i kooperujących z nimi hierarchii państwowych, ukształtował kulturę intelektualną, zaangażowaną w tworzenie przyjaznego środowiska dla rozwoju i istnienia systemu ekonomicznego. Nie ma najmniejszego powodu przypuszczać, że poznanie historii kapitalizmu, a więc naszej rzeczywistości – a w szczególności historii dramatu ofiar, przemocy i zbrodni, jakie z rozwojem ery przemysłowej były, są i będą nierozerwalnie związane – możliwe jest w środowisku intelektualnym, jakie kultura korporacyjna wytworzyła i jakie sponsoruje.

* II wojna światowa doprowadziła praktycznie do wyeliminowania konsumpcji opium, którego spożycie w tym czasie spadło do najniższego poziomu w historii. Zniszczone szlaki handlowe zostały jednak odtworzone w wyniku tajnej współpracy rządu Stanów Zjednoczonych z mafią. Pierwszą fazą była Operation Underworld, w której swoje nieocenione usługi oddali dwaj najwięksi nowojorscy mafiozi Charles „Lucky” Luciano i Meyer Lansky. Sycylijskie koneksje Luciano (którego fragmenty życia posłużyły Mario Puzo do wykreowania postaci Don Vito Corleone w powieści „Ojciec Chrzestny”, odtworzonej później przez Marlona Brando w filmie Francisa Forda Coppoli pod tym samym tytułem) umożliwiły CIA skuteczną walkę z włoskim ruchem robotniczym po wojnie. Światowym centrum produkcji heroiny uczyniono wówczas Marsylię, gdzie przetwarzano transportowane z Turcji i Iranu opium. Na centrum międzynarodowego handlu i dystrybucji narkotyków na półkuli zachodniej „Lucky” Luciano wybrał w 1947 r. Hawanę, która stała się jednocześnie karaibską stolicą hazardu. Wydarzenia polityczne lat 60. wymusiły reorganizację światowego handlu opium. W 1968 r. jeden z ostatnich bossów mafijnych dawnej ery Santo Trafficante Jr. udał się osobiście do Sajgonu, Hongkongu i Singapuru by odtworzyć stare kolonialne koneksje w Indochinach. Główny ośrodek produkcji opium i heroiny został przeniesiony w ten sposób do Azji Wschodniej, będącej areną największych operacji terrorystycznych CIA w czasie wojen indochińskich.

Singapore Hurry What's in a Curry

I have always been fascinated by curry. Not just because I love the delicious spicy flavours it serves up, but rather how well it travels around the world dishing up in a variety of accents.

So what is curry? It appears that the Portuguese and British who were in India hundreds of years ago had taken to describe all Indian spicy dishes as curry. The Portuguese had adopted the terms “caril” or “caree” from various words in south Indian languages. In Kannadan and Malayalam, the word “karil” meant spices for seasoning. In Tamil, the word kari had a similar meaning. This eventually became “curry”.[1] And as the British enjoyed their curries and began to cook them as a variation on one theme in their kitchens, the variety of spices that were grinded to make that favoured dish was reduced conveniently to curry powder, which can be easily purchased. Lizzie Collingwood found that by 1850s, British cookery books simply called for a spoonful of curry powder in their Indian recipes.

The tendency to label all spicy stews as curries has carried on in the rest of South East Asia. Today, we will casually mention of Thai Green Curry or Red Curry, or a Malay Curry or Nyonya Curry. Anyone who enjoys food or cooking will know how different they are from each other and from Indian curries.

Unlike Indian curries, Thai, Malay and Indonesian curries are generally based on a cacophony of local fresh herbs such as lemongrass, galangal, coriander leaf, fresh tumeric, lime leaves and coconut. Favoured Indian curry spices of cinnamon, cumin or coriander seeds are seldom used, and if they are, their foreign origin is amply ascribed. The Thai Mussaman Curry is one such example.

More likely, many of these dishes are indigenous to their area and possess local names. Thai Red Curry is “geng dtaeng”, while in Singapore, one of the Malay chicken curries is also known in its local name of “opor ayam”. Just as in India, curry is a convenient label for all spicy dishes, and this use has taken root locally in much of Singapore’s history. Are the British to blame, carrying this practice from India? Probably.

To start, there are few a local food historian to work on. Food writer, Sri Owen who writes a lot about Indonesian food commented, “For whatever reason, almost all Indonesian recipes, even in the highly literate societies like that those centred on the kraton of the Central Javanese sultans, have been handed down by example and word of mouth, and we have no way of knowing how they have changed or developed in the process.” This is the state that we find ourselves in when delving into the food history of this region.

But not all is lost. Historical records from Chinese and European visitors to the region do shed some light. What we know from historical records of food eaten in about the 15th century in Southeast Asia is the predominance of rice, fish, fish-paste and tumeric. Although Southeast Asia was famed for its production of numerous highly sought after spices such as cloves and nutmeg, neither accounts from Chinese nor European visitors had remarked about the spiciness of local food.According to the historian, Anthony Reid chilli pepper from South America was only introduced to the region in late sixteenth century. It was enthusiastically embraced and the Dutch could report in 1596 that it grew in parts of Java.

The popularity of chilli grew and it was soon entrenched in the diet of many. More than a hundred years later, Sir Joseph Banks who accompanied Captain James Cook on his round the world voyage, found cayenne pepper, which will probably be chilli pepper in almost all the foodstuff in Batavia. Sir Joseph Banks stayed in Batavia, Java for three months in 1770 and he wrote, “In the article of food no people can be more abstemious than they are. Boiled rice is of rich, as well as of poor, the principal part of their subsistence: this with a small proportion of fish, buffalo or fowl, and sometimes dried fish and dry shrimps, brought here from China, is their chief food. Everything, however must be highly seasoned with cayenne pepper.” These could well be a 18th century version of rending and a Malay fish sambal or curry. From here we take a leap to curry eaten in colonial Singapore, much of which would be inspired by Malay cuisine and the Indian curries. Indeed, we know that curry in whatever guise was much eaten in colonial Singapore by the Europeans. John Cameron who was in Singapore in the 1860s was much impressed with the curries served at lunch and dinner. Describing a typical dinner, he wrote, “The substantials are invariably followed by curry and rice which forms a characteristic feature of the tables of Singapore, and though Madras and Calcutta have been long famed for the quality of their curries, I nevertheless think that those of the Straits exceed any of them in excellence. There are usually two or more different kinds placed on the table, and accompanying them are all manner of sambals or native pickles and spices, which add materially to the piquancy of the dish. During the progress of the substantials and the curry and rice, the usual beverage is beer, accompanied by a glass or two of pale sherry…”

In N B Dennys' 1894 "A Descriptive Dictionary of British Malaya”, he wrote of the Curry from the Straits Settlement as characterised by its use of coconut milk, tumeric and the pods of the moringa tree (drumsticks). He went on to say there were two main types of curry, primarily “black” and “white”, and the generic name of curry in Malay was gulai.

Tucking into curry as part of a huge meal with a variety of other meats and fish usually cooked in European ways was not uncommon among the Europeans in Island Southeast Asia. It is often found on the tables in Dutch East Indies as much as the Straits Settlements and Malay States. This practice persisted through to the 20th century, when having a curry on Sundays had become a custom for the Europeans in Malaya. In P Allix’s 1953 “Menu for Malaya”, she proposed menus “more in European style, but also in the tradition of Malaya.” One of her Sunday Lunch menu is as follows,

Cream Frankfurt

Prawn Salad with Mayonnaise

Mutton Curry and Rice

Sambals

Cold Roast Pork and Corned Beef

Red Cabbage Salad with Apples

Sago Pudding Gula Malacca

Cottage Cheese

Hot Buns

Coffee

Some curries they had may be of Indian style, but the discerning suitably recognised the indigenous dishes when they saw it, terming it a Malay curry and such. In P C B Newington’s collection of recipes published in 1947, his curry section is well compiled with a collection of Indian curries, Malay curries which are based on local herbs using ingredients such as lemon grass and belachan, and even European curries! Quite similar to Britain where , a new strand of curry emerged as it was adapted to European cooking, with the addition of Worcester Sauce, tomato sauce or even as an adaptation to Malayan taste, Soya Bean Sauce. Mother’s Curry is a good example,

Mother’s Curry

Fry a large chopped onion in 2 tablespoons butter. Add 2 tablespoons Curry Powder. Fry several minutes and if dry add stock. Now add 1 tablespoon each of Worcester sauce, tomato sauce and vinegar. Salt to taste. Now add cubes of cooked cold meat and enough stock to cover. Simmer 2 hours or more, stirring.

As Newington is rather influenced by Malayan cooking, he suggested as an improvement to Mother’s Curry, the substitution of coconut milk for stock and to add ground chillies.

Before World War Two, very few European women cook in Malaya, leaving such duties to their local cooks and servants who are usually Chinese, Malay or Indian.The food they ate would have filtered to the local population thanks to the cooks they employed. Among them are many Hainanese Chinese, who till today are celebrated for their Asian-inspired “Western food” such as Hainanese pork chops and chicken pies.Curry could have been another dish they learnt in cooking for the Europeans, considering that curry is foreign to the Chinese palate.

Among the Chinese, the Hainanese continued to be known for their curry. My grandmother whom I interviewed, recalled fondly of buying curry from the Hainanese hawker in the 1930s and 1940s in the Clarke Quay area. Although she was born in Malaya in the 1920s, her parents were new émigrés from China, and thus cooked and ate Chinese food at home. Curry was a treat to be had from the Hainanese hawker in the neighbourhood coffee shop.

Cooking a 1940s Curry

I decided to try a chicken curry recipe from P C B Newington's Good Food one weekend. Trying to keep true to the kitchen implements in the 1940, I valiantly decided to pound the rempah and spices instead of giving them a buzz in the food processor. I wondered of the pots and stove he would have used, for that can change the flavour of the dish. In the end, I cooked it in a wok on my gas stove and the result was a flavourful dark curry. Cooking with old recipes are not for the novice. Unlike the precise instructions and enticing photos in today's cookbook, cookbook of yester-years are simple affairs with vague instructions at time. But it was fun! If you will like to give this a go, the recipe is transcribed in its entirety in the following.

Chicken Curry

1chicken-jointed, 2 pieces ginger, 6 small onions, 3 green chillies, 1 coconut (no. 1 and 2 santan), Coconut oil, 1/2 dessertspoon jintan puteh, Vinegar, 1 piece cinnamon, salt, 8 red chillies (dried), Garlic, 1 dessertspoon ketumba, 2 stalks serai, limes

Slice onions, garlic, ginger and green chillies. Pound other ingredients. Slightly heat a pan and pour in coconut oil, when smoking hot put in onions, garlic, ginger and chillies and mix well, then add ground curry stuffs. After all has been well mixed, put in chicken with vinegar (or ketchup) about 1 tablespoon and salt. Cook for a shortwhile then add No. 2 santan and cook till tender. Then stir in No. 1 santan and heat thoroughly but do not boil. Add juice of 1/2 lime.

(My notes : jintan puteh = white cumin seeds, ketumba = coriander seeds, santan no.1 = the first squeeze of coconut milk, santan no 2 = the second squeeze of coconut milk.)

With the exception for the Straits Chinese or the Peranakans who lived in the Malay archipelago for generations and are accustomed to spicy food and cooking with spices, herbs and coconut milk., I can only imagine how curry will seem alien to the new Chinese emigrants in colonial Singapore. Probably like the British and Portuguese in India centuries earlier, they would be bewildered by the array of spicy dishes and their understanding of curry will be influenced by their own cuisine as well as coloured by the mems and tuans that they worked for.

Lois T Kao who taught cookery in Singapore in the 1940s and was schooled in Chinese cooking, learning her art in Shanghai and Hong Kong gave a Chinese twist to her curries. In her book, “Cookery Book on Local Food”, she coated the beef or chicken with tapioca flour before adding to the pot with fried curry paste.Coating of meat in flour before frying is reminiscent of Chinese cookery. Her rendition is but one of the Chinese adaptations to curry.

The legacy remains. Many Singapore Chinese love spicy food and curries but are more familiar cooking with curry powder or curry paste for a dish then to assemble the spices and cooking the curry from scratch. In contrast, the Malay, Indians and Eurasians are more comfortable using spices. Today, there are a wide array of curries to be enjoyed in Singapore, from Devil’s Curry, Curry Fish Head, Chinese Chicken Curry, mutton curry, Rendang to sayur lodeh. They shared some common history, yet in each is a story to be told, reflecting the diverse culinary heritage of the community and the people that it fed.