Jestem przeciwnikiem dziwacznych diet. Wierzę jednak, że potrafię przygotować i zdrowe potrawy bez pozbawiania ich pysznego smaku, i bez wprowadzania drastycznych zmian w stylu gotowania. Podstawą zdrowego odżywiania jest wybór odpowiednich produktów. Nie polega to jednak tylko na wyborze najchudszych kawałków mięsa, czy też zmniejszeniu ilości tłuszczów, które spożywamy.
Nie jestem wrogiem ani masła, ani śmietany w kuchni, które stosowane bez przesady podkreślają smak dań. Nie unikam też wszelkich technik gotowania takich jak grillowanie, pieczenie, duszenie czy smażenie, które w „zdrowej kuchni" najczęściej są potępiane. Główną zasadą w mojej kuchni jest stosowanie produktów sezonowych i pochodzących z miejsc leżących nie dalej niż 150 km od restauracji. Gwarantuje to bowiem ich najzdrowszą cechę: świeżość. Ostatecznie przecież istotną częścią dobrego życia jest radość jedzenia.
MOJĄ PASJĄ JEST JEDZENIE.Zwiedziłem ponad 30 krajów .Nie tylko wiem,jak potrawy smakują,ale też wiem w jaki sposób są przyrządzane.Wszędzie uczę się gotowania.I uczę jak przyrządzać i marketing żywności.W Pl MY PASSION IS FOOD.I visted 30+ countries-learning about food and it's preparation .I teach others about world food not only I know how it taste , but how to prepare it, and how to market it.Wherever I travel I take cooking lessons.Lived in USA -35 yrs.
Speak pipe
16.7.11
25.6.11
Ekologiczne owoce i warzywa które opłaca się kupować ?
Produkty oznaczone jako eko, organic i bio są droższe od uprawianych w sposób konwencjonalny. Czy naprawdę warto się na nie wykosztować?
Podstawowe pytanie brzmi: czy w ogóle warto kupować ekozieleninę? Są powody, by to poważnie rozważyć.
W większości krajów rozwiniętych stosowanie środków ochrony roślin jest ściśle uregulowane - tak, by pozostałości tych chemikaliów nie przekraczały 1/100 poziomu bezpiecznego dla ludzi i zwierząt. Brak jednak pewności, czy te rygorystyczne z dzisiejszej perspektywy normy za jakiś czas, w miarę gromadzenia wyników nowych badań, nie okażą się jednak za wysokie z punktu widzenia bezpieczeństwa konsumentów. W wielu owocach i niektórych warzywach wykrywa się pozostałości pestycydów, a mycie - choć pomaga - to nie usuwa ich do końca. Dobrym wyjściem wydają się więc produkty ekologiczne. Wprawdzie wyglądem nie rzucają zwykle na kolana (to "uboczny skutek" biouprawy), to ich smak może wydać się niektórym atrakcyjniejszy (choć to rzecz gustu). Brak natomiast jednoznacznych dowodów na to, by ekozielenina - co wiele osób z góry to zakłada - była zasobniejsza w składniki odżywcze.
Nie musisz liczyć się z kosztami? Kupuj i jedz organiczne produkty, bo tak czy inaczej, pójdzie ci to na zdrowie. Masz ograniczone środki i chciałabyś wydać je jak najrozsądniej? Podpowiemy ci, jakie ekologiczne owoce i warzywa rzeczywiście warto kupować. Amerykańska organizacja badawcza Environmental Working Group (Środowiskowa Grupa Robocza) analizuje zawartość pestycydów w warzywach i owocach i publikuje wyniki tych badań w postaci dwu list. Na pierwszej zatytułowanej „Brudny tuzin” znajdziesz te produkty, które są najbardziej zanieczyszczone pozostałościami środków ochrony roślin. Druga - „Czysta 12” - to zestawienie produktów bezpiecznych nawet w konwencjonalnej wersji uprawowej.
BRUDNY TUZIN - warto kupować w wersji ekologicznej:
- brzoskwinie
- jabłka
- papryka o długich strąkach
- seler naciowy
- nektaryny
- truskawki
- czereśnie i wiśnie
- sałata
- winogrona
- gruszki
- szpinak
- ziemniaki
CZYSTA 12 - bezpieczne w wersji konwencjonalnej:
- cebula
- awokado
- słodka kukurydza (świeża i mrożona)
- ananasy
- mango
- zielony groszek (świeży i mrożony)
- szparagi
- kiwi
- banany
- kapusta
- brokuły
- bakłażany
Nie masz dostępu do ekoproduktów?
Nie martw się - nie musisz ich kupować, by znacząco obniżyć spożywanie potencjalnie szkodliwych chemikaliów. Przede wszystkim, jedz możliwie różnorodne warzywa i owoce, co pozwoli ci uniknąć tych, w których poziom pestycydów jest stosunkowo najwyższy. Poza tym, zadbaj o to, by cały twój codzienny jadłospis był ogólnie zdrowy i obfitował w owoce, warzywa, produkty pełnoziarniste i nasiona strączkowe - to zapewni ci stały dopływ składników odżywczych i biologicznie czynnych związków, które działają na organizm ochronnie.
Podstawowe pytanie brzmi: czy w ogóle warto kupować ekozieleninę? Są powody, by to poważnie rozważyć.
W większości krajów rozwiniętych stosowanie środków ochrony roślin jest ściśle uregulowane - tak, by pozostałości tych chemikaliów nie przekraczały 1/100 poziomu bezpiecznego dla ludzi i zwierząt. Brak jednak pewności, czy te rygorystyczne z dzisiejszej perspektywy normy za jakiś czas, w miarę gromadzenia wyników nowych badań, nie okażą się jednak za wysokie z punktu widzenia bezpieczeństwa konsumentów. W wielu owocach i niektórych warzywach wykrywa się pozostałości pestycydów, a mycie - choć pomaga - to nie usuwa ich do końca. Dobrym wyjściem wydają się więc produkty ekologiczne. Wprawdzie wyglądem nie rzucają zwykle na kolana (to "uboczny skutek" biouprawy), to ich smak może wydać się niektórym atrakcyjniejszy (choć to rzecz gustu). Brak natomiast jednoznacznych dowodów na to, by ekozielenina - co wiele osób z góry to zakłada - była zasobniejsza w składniki odżywcze.
Nie musisz liczyć się z kosztami? Kupuj i jedz organiczne produkty, bo tak czy inaczej, pójdzie ci to na zdrowie. Masz ograniczone środki i chciałabyś wydać je jak najrozsądniej? Podpowiemy ci, jakie ekologiczne owoce i warzywa rzeczywiście warto kupować. Amerykańska organizacja badawcza Environmental Working Group (Środowiskowa Grupa Robocza) analizuje zawartość pestycydów w warzywach i owocach i publikuje wyniki tych badań w postaci dwu list. Na pierwszej zatytułowanej „Brudny tuzin” znajdziesz te produkty, które są najbardziej zanieczyszczone pozostałościami środków ochrony roślin. Druga - „Czysta 12” - to zestawienie produktów bezpiecznych nawet w konwencjonalnej wersji uprawowej.
BRUDNY TUZIN - warto kupować w wersji ekologicznej:
- brzoskwinie
- jabłka
- papryka o długich strąkach
- seler naciowy
- nektaryny
- truskawki
- czereśnie i wiśnie
- sałata
- winogrona
- gruszki
- szpinak
- ziemniaki
CZYSTA 12 - bezpieczne w wersji konwencjonalnej:
- cebula
- awokado
- słodka kukurydza (świeża i mrożona)
- ananasy
- mango
- zielony groszek (świeży i mrożony)
- szparagi
- kiwi
- banany
- kapusta
- brokuły
- bakłażany
Nie masz dostępu do ekoproduktów?
Nie martw się - nie musisz ich kupować, by znacząco obniżyć spożywanie potencjalnie szkodliwych chemikaliów. Przede wszystkim, jedz możliwie różnorodne warzywa i owoce, co pozwoli ci uniknąć tych, w których poziom pestycydów jest stosunkowo najwyższy. Poza tym, zadbaj o to, by cały twój codzienny jadłospis był ogólnie zdrowy i obfitował w owoce, warzywa, produkty pełnoziarniste i nasiona strączkowe - to zapewni ci stały dopływ składników odżywczych i biologicznie czynnych związków, które działają na organizm ochronnie.
24.6.11
The Way We Eat Now
A lengthy, but very thoughtful article discussing some of the current issues with the way we approach food these days. It’s written with England in mind, but I think it applies well to food in the US also. (@ Independent UKway we eat now: What will future food historians make of our curious eating habits?
From freekeh to fish fingers, Britain’s in the middle of a gastronomic revolution.
By Marina O'Loughlin Saturday, 18 June 2011
If you immerse yourself as thoroughly as I do in today's food writing – from the food mags like Olive and Delicious and the cookery pages of supplements such as this one, to the niche publications designed for the true food porn consumer and a teetering mountain of cookery books – you could be forgiven for thinking we're a nation of passionate home cooks and allotment-botherers, busy smoking our own fish, churning our own ice-cream and slow-cooking our rare breed meats for days on end.
All our produce will be organic, bought from a local speciality store or farm shops. Or if you're hardcore, from the producers themselves. If even Gwyneth Paltrow is proselytising about the joys of making delicious pizzas by first building "a wood burning oven in the back yard", then we're obviously all at it, right?
Some of us might be. But the reality is that everywhere you turn you bang your head up against the Big Four, the hegemony of supermarket giants who virtually dictate what goes down our necks to the tune of some 76 per cent of all the food we buy.
"There does seem to be a gap between the way we hope to eat and the way we actually do" James Winter, author of 'Yes, Chef!'
Yes, James Winter is right – we're all time-starved. The supermarkets deliver and they all have nice big car parks and well, they are so much cheaper. Sure, we can buy dragon fruit and lemongrass (but not British heirloom tomatoes, strangely enough) and there's that lovely points card that gives you free stuff – so what if it's used to filch all our details for even more sophisticated marketing and targeting? But it turns out we're not even all that happy with the big supermarkets: a recent customer satisfaction survey from Which? discovered that in fact they make us pretty miserable. Perhaps not unhappy enough to embark on violent protests as they did at the opening of a new Tesco Metro in Bristol, but grumpy none the less.
So the supermarkets make us miserable and destroy local high streets, trampling down the butcher, baker and candlestick maker like so many barcoded Godzillas. We feed them with all our hard-earned, don't we? Well, not so much. We spend less of our disposable income on food than any other country in Europe (while, incidentally, being fatter than any other country in Europe. Coincidence? I don't think so). And if we're not vacantly cruising the aisles, we're clicking maniacally on our "favourites" – we are the largest user of online shopping facilities in Europe, Italy being the lowest. Draw your own conclusions.
"The way we eat is increasingly becoming a status symbol for the affluent and a deadly poison for those who allow food no cultural significance or value" Trish Deseine, food writer and goddess of chocolate
We're obsessed with cheapness. We've been conditioned into thinking it's OK to spend next to nothing on feeding ourselves. I've just looked on a supermarket's website, selling fish fingers at 60p for 10. Will you be excited by the price, or by how packed with fresh fish they are? I'm not about to go into the politics of it all (for that, I'd refer you to Oxfam's recent, terrifying report, "Growing a Better Future: Food Justice in a Resource-Constrained World"). But seriously, how can this be defined as good food?
"Families are busier than ever in the 21st century and want ever more convenient ways of getting food into their fridges and cupboards. As of January this year, 12 per cent of Ocado's total sales were being generated through devices like the iPhone and iPad – hard-working parents are choosing to food shop at the school gates, on the commute home" Ben Lovett, Ocado spokesperson
Achieving the rose-tinted vision of a family life where Ma, Pa and the nippers sit down every evening to a home-cooked meal of quality ingredients is about as realistic as my dreams of being Mrs Jon Hamm. In fact, in recent historical terms it has always been a chimera, a Dickensian invention: families have always eaten food at different times, saving the get-together for the Sunday roast, much as we do now. The only thing that's different is that now it's likely to be Pa at the stove, showing off his prowess as only a chap can, while Ma's department is the monotony of weekday children's meals, largely composed of convenience ingredients. The whole extended family, Aga-cooked meals round battered kitchen table fantasy is, in any case, the preserve of the older foodie; today's young guns are more likely to tumesce over pigs' blood cakes from a Taipan night market. We can blame our parents. Their generation lost their way, dazzled by new convenience foods and "time-saving" kitchen gadgets.
"In the West we are fed – and happily buy into – a concept that we should never feel hungry" Scottee, performance artist and creator of 'fat people's beauty pageant', Burger Queen
So now we sit watching Nigella do vaguely obscene things to wooden spoons while eating our four-minute "Thai" green curries. Who even makes the food we eat? We decant it, complete with its emulsifiers and stabilisers and sodium diphosphates from its containers on to large white plates – with perhaps a sprig of watercress? – without a thought to who even cooks it. The middle classes, who normally put ready meals into their jute shoppers with as much furtive shame as the weaseliest porn purchaser, seem to see Marks & Spencer or Waitrose on the packet as some kind of badge of acceptability. But the dishes are likely to be made by companies with definitively non-household names: Greencore and Northern Foods and Noon Products and Uniq Foods. Not that we care: ready-meal sales are back at pre-recessionary levels – about £1.6 billion – so we've clearly got the money to microwave.
"We are undoubtedly spending less and less time in the kitchen but we are also more concerned about what we are feeding ourselves" Thomasina Miers, TV chef and owner of Wahaca
And if we're going to actually cook, we don't just want it cheap, we want it fast. As recently as 1980, the average meal took an hour to prepare; now "scratch" cooking rarely takes more than 15 minutes, the time it takes to unbag a salad, open a container of "fresh" pasta and stir in the sauce. Then there's St Jamie promising to have us all knocking up three courses in 30 minutes. The most egregiously macho type of food TV is all about speed and pressure – "cooking doesn't get any tougher than this". Food writer Debora Robertson says: "I really don't give a damn how quickly you can make an omelette, but I do care, quite a lot, how delicious it is". So of course, what we really need is Trudie Styler and her new range of ready meals, sorry, "Lake House Table Kitchen Suppers" ready in 10 minutes. "Kitchen Suppers"? Please do feel free to kill me now.
Bizarrely, given the straitened financial times, restaurants appear to be doing reasonably well. Even though London must be considered something of a bubble environment, I currently have well over a hundred new or newish restaurants on my radar.
But food we eat at restaurants may still be pre-prepared. Those Brakes trucks that you see trundling around: they're full of things that end up being served in your local gastropub or mid-market casual restaurant. You think the surly youths in the kitchen are knocking up your smoked haddock kedgeree, or caramelised onion and camembert soufflé tarts, or fragrant Thai mussels? Not likely. Because even in commercial kitchens, we can't cook.
Despite all this, one of today's more persistent trends is the nouveau artisan. There are a lot of second-careerers out there, ex-City boys, marketing creatives and ad-men, whose thoughts are turning to our stomachs. This new breed may be a little self-conscious – look at me, I'm a horny-handed artisan – but their hearts are firmly in the right place. They look likely to flourish as organically as their sourdough starters, most notably because the internet is removing the barriers to the marketplace that previously existed. Then there are the foragers: it's astonishing that nobody in a waxed Barbour wielding a Carluccio's mushroom brush has yet to be felled by mistaking a death cap for a chanterelle, or choking on a stringy alexander. The "World's Best Restaurant" Noma's maverick chef René Redzepi is king of the foragers, but when Waitrose is planning to stock sea aster on their fish counters, and bartenders are whipping up nettletinis, it looks like the trend has gone less rock'n'roll and more easy listening. And kind of missed the point in the process.
So where are all the cool foodie kids? On the internet, of course, especially Twitter. The bloggers got weary of talking to each other and realised that the formerly unassuming site is now a behemoth that can help them broadcast, broadcast, broadcast. Wordpress, Tumblr and Posterous have turned even the most determined Luddites into net whizzes, posting recipes that would have once been closely-guarded secrets, or telling the world about their dinners, all dreaming they're going to grow up and turn into Gizzi Erskine or even – bloke blog nirvana – Anthony Bourdain.
Some are well on their way: publishers monitor the internet closely, and as a result we've now got a rash of blogger-penned cookery books.
"We've become a much more discerning bunch; a nation of pseudo-critics" Ben McCormack, editor, Square Meal
There are restaurateurs who work the twittersphere like puppet masters, like Russell Norman of London's wildly successful Polpo. His Twitter followers verge on the fanatical and he plays the game like a pro.
When Russell Norman's latest outpost, Da Polpo, recently opened in Covent Garden, I got an e-mail from an industry insider which read: "Surrounded by early-adopting foodie bloggers, Canon EoS 500s, people tweeting so hard their fingers are bleeding. Aaaaaaaaargh". I constantly wonder how these twentysomethings afford their restaurant habits (the answer to "What do you do?" often seems to be "Something in IT"). Or whether they ever have sex. Factor into the equation the location-based network Foursquare which allows you to "check in" at an increasing number of urban hangouts, and the vaguely toxic combo means you need never have an unexamined, solitary meal again.
"There seems to be a split in the food world: one side is going further and further down the scientific route, frankly outside the possibilities and budget of the home cook. On the other hand we are seeing a folksy revival of learning to cook from scratch: a return to the roots, almost literally, with a renewed interest in foraging" Kerstin Rodgers aka the blogger Ms Marmitelover, The Underground Restaurant
While the kids are showing off, the older brigade are getting intellectual. The new cerebrality, as exemplified by ex ad-man Tim Hayward's Fire & Knives quarterly, is sneaking out more than the odd tentacle. Look at the inspired loopiness of The Experimental Food Society. Members include Bompas and Parr: from burger-filled Krispy Kremes to happenings like Scratch'n'Sniff Cinema and Alcoholic Architecture – whole rooms suffused with inhaleable gin and tonic – everything they touch is a happening. Who says we aren't thinking about our food?
"When I first arrived in England in 1973, I remember being quite shocked by how bad the food was" Anissa Helou, food writer and broadcaster
Take two of the highest-profile recent restaurant openings (I make no apology for them both being in London; high-profile restaurant openings tend to be in London): Marcus Wareing's The Gilbert Scott and Heston Blumenthal's Dinner. Thoughtful in the extreme, both purport to put dishes of historical resonance on the table, but where in actual real life can you find "Dorset jugged steak" (The Gilbert Scott) or "powdered duck" (Dinner)? This isn't heritage British food at all, but the creation of clever chefs: it's theme-park Britain for the rich or tourists, who don't need to know that the vast majority aren't sitting down to "rice and flesh", but to Wall's rusk-tastic sausages anointed with Bisto.
And if we're not eating pease pudding, we're in pop-ups from groovy young chefs, or supper clubs, ad-hoc restaurants in the sitting rooms of enthusiastic amateurs. Recessions are notorious for skewing and subverting the way we eat; the last one gave us the gastropub, this one offers the opportunity to gawp at the neighbours' knick-knacks while weighing up how much to "voluntarily contribute" to cooking of varying levels of competency. If you're lucky, there may be a drag queen or two thrown in.
"Bollocks to how immaculate a 15-course tortured series of dishes can be. Give me a perfect chip any day!" Mark Manson, owner of award-winning Y Polyn restaurant
At least, I thought, eating might be getting a lot more fun for us beleaguered Brits than it used to be. And then I remembered my friend Sasha, for whom every mouthful is fraught with fear and guilt. She's not alone. Katherine May, author of the new book on relationships, The 52 Seductions, and a blog about food and relationships called Spooning, says: "Whenever I eat, I feel like I'm juggling a hundred pieces of information about the nutritional/ethical/calorific content of that food. It's impossible to eat a meal without feeling guilty somehow."
Is our fish sustainable? Is our meat free-range? What have our vegetables been sprayed with? Shopping for food can leave us as paralysed with indecision as a rabbit trapped in headlamps. Not farmed rabbit, of course. We've the foodie Cassandras to thank for that: Morgan Spurlock, Felicity Lawrence, Michael Pollan; Joanna Blythman's new book is called Fraught: What Not to Eat. Feeding off the fact that everyone was getting fatter and climate change was becoming something tangible and impossible to ignore, they took to the bookshelves with principles and brave hearts ablaze. Sadly, reading even a couple of them renders you incapable of ingesting as much as a pilchard without agonies of conscience.
Marketeers feed on our fears: even KFC is currently running a soft-focus new campaign that looks as though it's advertising Tuscan extra-virgin olive oil. If we buy frozen food, we feel bad. If we buy fresh food, we end up throwing it away, £23 billion's worth annually, according to lovefoodhatewaste.com.
"The way we eat today? Quickly, standing up, tweeting, with our cock in a prozzy and our lawyer on speed dial for the superinjunction" Giles Coren, TV presenter and restaurant critic
So we're photographing our food, tweeting and blogging it, trying to find out where it lived and what its name was before it was slaughtered, and yet the ready-meals market sector is blooming like fungus. We're obsessed with healthy eating and we're fatter than ever. We're wafting through rooms that allow you to inhale gin and tonic mist while buying fish fingers that retail at 6p each. We're espousing the Slow Food movement while eating more fast food than ever – and trying to cut our cooking times down to less than it would take to prepare a Pot Noodle.
Our snacks of choice are organic seeds and nuts – have you seen those ludicrous Graze boxes? – or Gregg's pasties. The government watches what we eat via bodies funded by Coca Cola and Cadbury's, who are then helpfully allowed to be self-regulating. We're continue to waft around supermarkets, checking our smartphones for info from sites like wheresyoursfrom.com which tells you where the eggs were laid, or fish sustainability iPhone apps. And yet the sugary kormas still find their way into our trolleys.
"Eating in the information age has become a complex business. It seems that everything we put in our mouths comes with an ethical dilemma" Andy Lynes, food writer
The way we eat today? Gimme a break: in Britain 2011, the food scene has never been more fragmented. The good food brigade is, like it or not, largely middle class. Fi Bird, a writer whose Stirrin' Stuff initiative specialises in teaching children about food, tells of visiting an inner-city school where the pupils had no idea that peas came from pods. How can we pretend we're a nation of locavore foragers when the spend on fast food is higher than ever?
"I can be sniffy about the lack of pomegranate seeds on a complex restaurant dish one day, while thoroughly enjoying Heinz Cream of Tomato the next. We make choices based on context, because now we can" Tracey MacLeod, 'The Independent' restaurant critic
Last night I ate octopus cleverly teased to look like risotto and a playful riff on the Full English Breakfast in an ambitious new restaurant that's had the blogosphere a-gibber. Tonight, I've fed the children on Waitrose pesto and frozen petit pois and I'm off to watch Come Dine With Me, while trying to work out if I can afford to fork out 300 quid for Nathan Myhrvold's cooking tome, Modernist Cuisine and munching on toast and Marmite. Artisan sourdough with goat's butter, naturally.
Taste of 2011
Freekeh
The grainy choice of the foodie cognoscenti knocks quinoa off the menu. Freekeh is young wheat roasted over straw to give it a smoky flavour. Abido freekeh, £3.50, melburyandappleton.co.uk
Rapeseed oil
Olive oil is so last century – try UK rapeseed instead. It's low in saturated fat and a source of omega oils. Yorkshire's rapeseed oil, £3.99, tesco.com
Sumac
This popular Middle Eastern spice is ground from a red berry, and lends a fruity flavour to dishes. Organic ground sumac, £2.26, steenbergs.co.uk
Pomegranate molasses
A reduction of the fruit into a syrup, pomegranate molasses can be used as a marinade for meat and fish. Pomegranate Molasses, £2.49, sainsburys.co.uk
Ducks' eggs
Larger and richer than hens' eggs, they're on the menu at the smartest dinner parties. 6 organic ducks' eggs, £3.69, abelandcole.co.uk
Nigella seeds
Aka kalonji or black onion seeds, nigella seeds are crucial in Indian cookery. Bart Spices kalonji, £1.69, waitrose.com
Raw chocolate
Less processed and with more flavour, raw choc is now the foodie's choice. Conscious plain bar, £3, therawchocolateshop.com
Golden beetroot
This vivid yellow beet is a traditional heritage variety, and makes a brightly coloured addition to salads and savoury dishes. Golden beetroot, £5.45, finefoodspecialist.co.uk
Goat's curd
This light and tangy soft cheese can be used to top off desserts and savouries. Neal's Yard Creamery goat's curd, £22.75 per 2kg, nealsyarddairyshop.co.uk
Cheeks
Monkfish, pig, ox or cod – it doesn't matter, as long as it's a cheek. Usually thrown away by butchers and fishmongers, they are delicious and cheap. Pig's cheek, £2.95, allensofmayfair.co.uk
From freekeh to fish fingers, Britain’s in the middle of a gastronomic revolution.
By Marina O'Loughlin Saturday, 18 June 2011
If you immerse yourself as thoroughly as I do in today's food writing – from the food mags like Olive and Delicious and the cookery pages of supplements such as this one, to the niche publications designed for the true food porn consumer and a teetering mountain of cookery books – you could be forgiven for thinking we're a nation of passionate home cooks and allotment-botherers, busy smoking our own fish, churning our own ice-cream and slow-cooking our rare breed meats for days on end.
All our produce will be organic, bought from a local speciality store or farm shops. Or if you're hardcore, from the producers themselves. If even Gwyneth Paltrow is proselytising about the joys of making delicious pizzas by first building "a wood burning oven in the back yard", then we're obviously all at it, right?
Some of us might be. But the reality is that everywhere you turn you bang your head up against the Big Four, the hegemony of supermarket giants who virtually dictate what goes down our necks to the tune of some 76 per cent of all the food we buy.
"There does seem to be a gap between the way we hope to eat and the way we actually do" James Winter, author of 'Yes, Chef!'
Yes, James Winter is right – we're all time-starved. The supermarkets deliver and they all have nice big car parks and well, they are so much cheaper. Sure, we can buy dragon fruit and lemongrass (but not British heirloom tomatoes, strangely enough) and there's that lovely points card that gives you free stuff – so what if it's used to filch all our details for even more sophisticated marketing and targeting? But it turns out we're not even all that happy with the big supermarkets: a recent customer satisfaction survey from Which? discovered that in fact they make us pretty miserable. Perhaps not unhappy enough to embark on violent protests as they did at the opening of a new Tesco Metro in Bristol, but grumpy none the less.
So the supermarkets make us miserable and destroy local high streets, trampling down the butcher, baker and candlestick maker like so many barcoded Godzillas. We feed them with all our hard-earned, don't we? Well, not so much. We spend less of our disposable income on food than any other country in Europe (while, incidentally, being fatter than any other country in Europe. Coincidence? I don't think so). And if we're not vacantly cruising the aisles, we're clicking maniacally on our "favourites" – we are the largest user of online shopping facilities in Europe, Italy being the lowest. Draw your own conclusions.
"The way we eat is increasingly becoming a status symbol for the affluent and a deadly poison for those who allow food no cultural significance or value" Trish Deseine, food writer and goddess of chocolate
We're obsessed with cheapness. We've been conditioned into thinking it's OK to spend next to nothing on feeding ourselves. I've just looked on a supermarket's website, selling fish fingers at 60p for 10. Will you be excited by the price, or by how packed with fresh fish they are? I'm not about to go into the politics of it all (for that, I'd refer you to Oxfam's recent, terrifying report, "Growing a Better Future: Food Justice in a Resource-Constrained World"). But seriously, how can this be defined as good food?
"Families are busier than ever in the 21st century and want ever more convenient ways of getting food into their fridges and cupboards. As of January this year, 12 per cent of Ocado's total sales were being generated through devices like the iPhone and iPad – hard-working parents are choosing to food shop at the school gates, on the commute home" Ben Lovett, Ocado spokesperson
Achieving the rose-tinted vision of a family life where Ma, Pa and the nippers sit down every evening to a home-cooked meal of quality ingredients is about as realistic as my dreams of being Mrs Jon Hamm. In fact, in recent historical terms it has always been a chimera, a Dickensian invention: families have always eaten food at different times, saving the get-together for the Sunday roast, much as we do now. The only thing that's different is that now it's likely to be Pa at the stove, showing off his prowess as only a chap can, while Ma's department is the monotony of weekday children's meals, largely composed of convenience ingredients. The whole extended family, Aga-cooked meals round battered kitchen table fantasy is, in any case, the preserve of the older foodie; today's young guns are more likely to tumesce over pigs' blood cakes from a Taipan night market. We can blame our parents. Their generation lost their way, dazzled by new convenience foods and "time-saving" kitchen gadgets.
"In the West we are fed – and happily buy into – a concept that we should never feel hungry" Scottee, performance artist and creator of 'fat people's beauty pageant', Burger Queen
So now we sit watching Nigella do vaguely obscene things to wooden spoons while eating our four-minute "Thai" green curries. Who even makes the food we eat? We decant it, complete with its emulsifiers and stabilisers and sodium diphosphates from its containers on to large white plates – with perhaps a sprig of watercress? – without a thought to who even cooks it. The middle classes, who normally put ready meals into their jute shoppers with as much furtive shame as the weaseliest porn purchaser, seem to see Marks & Spencer or Waitrose on the packet as some kind of badge of acceptability. But the dishes are likely to be made by companies with definitively non-household names: Greencore and Northern Foods and Noon Products and Uniq Foods. Not that we care: ready-meal sales are back at pre-recessionary levels – about £1.6 billion – so we've clearly got the money to microwave.
"We are undoubtedly spending less and less time in the kitchen but we are also more concerned about what we are feeding ourselves" Thomasina Miers, TV chef and owner of Wahaca
And if we're going to actually cook, we don't just want it cheap, we want it fast. As recently as 1980, the average meal took an hour to prepare; now "scratch" cooking rarely takes more than 15 minutes, the time it takes to unbag a salad, open a container of "fresh" pasta and stir in the sauce. Then there's St Jamie promising to have us all knocking up three courses in 30 minutes. The most egregiously macho type of food TV is all about speed and pressure – "cooking doesn't get any tougher than this". Food writer Debora Robertson says: "I really don't give a damn how quickly you can make an omelette, but I do care, quite a lot, how delicious it is". So of course, what we really need is Trudie Styler and her new range of ready meals, sorry, "Lake House Table Kitchen Suppers" ready in 10 minutes. "Kitchen Suppers"? Please do feel free to kill me now.
Bizarrely, given the straitened financial times, restaurants appear to be doing reasonably well. Even though London must be considered something of a bubble environment, I currently have well over a hundred new or newish restaurants on my radar.
But food we eat at restaurants may still be pre-prepared. Those Brakes trucks that you see trundling around: they're full of things that end up being served in your local gastropub or mid-market casual restaurant. You think the surly youths in the kitchen are knocking up your smoked haddock kedgeree, or caramelised onion and camembert soufflé tarts, or fragrant Thai mussels? Not likely. Because even in commercial kitchens, we can't cook.
Despite all this, one of today's more persistent trends is the nouveau artisan. There are a lot of second-careerers out there, ex-City boys, marketing creatives and ad-men, whose thoughts are turning to our stomachs. This new breed may be a little self-conscious – look at me, I'm a horny-handed artisan – but their hearts are firmly in the right place. They look likely to flourish as organically as their sourdough starters, most notably because the internet is removing the barriers to the marketplace that previously existed. Then there are the foragers: it's astonishing that nobody in a waxed Barbour wielding a Carluccio's mushroom brush has yet to be felled by mistaking a death cap for a chanterelle, or choking on a stringy alexander. The "World's Best Restaurant" Noma's maverick chef René Redzepi is king of the foragers, but when Waitrose is planning to stock sea aster on their fish counters, and bartenders are whipping up nettletinis, it looks like the trend has gone less rock'n'roll and more easy listening. And kind of missed the point in the process.
So where are all the cool foodie kids? On the internet, of course, especially Twitter. The bloggers got weary of talking to each other and realised that the formerly unassuming site is now a behemoth that can help them broadcast, broadcast, broadcast. Wordpress, Tumblr and Posterous have turned even the most determined Luddites into net whizzes, posting recipes that would have once been closely-guarded secrets, or telling the world about their dinners, all dreaming they're going to grow up and turn into Gizzi Erskine or even – bloke blog nirvana – Anthony Bourdain.
Some are well on their way: publishers monitor the internet closely, and as a result we've now got a rash of blogger-penned cookery books.
"We've become a much more discerning bunch; a nation of pseudo-critics" Ben McCormack, editor, Square Meal
There are restaurateurs who work the twittersphere like puppet masters, like Russell Norman of London's wildly successful Polpo. His Twitter followers verge on the fanatical and he plays the game like a pro.
When Russell Norman's latest outpost, Da Polpo, recently opened in Covent Garden, I got an e-mail from an industry insider which read: "Surrounded by early-adopting foodie bloggers, Canon EoS 500s, people tweeting so hard their fingers are bleeding. Aaaaaaaaargh". I constantly wonder how these twentysomethings afford their restaurant habits (the answer to "What do you do?" often seems to be "Something in IT"). Or whether they ever have sex. Factor into the equation the location-based network Foursquare which allows you to "check in" at an increasing number of urban hangouts, and the vaguely toxic combo means you need never have an unexamined, solitary meal again.
"There seems to be a split in the food world: one side is going further and further down the scientific route, frankly outside the possibilities and budget of the home cook. On the other hand we are seeing a folksy revival of learning to cook from scratch: a return to the roots, almost literally, with a renewed interest in foraging" Kerstin Rodgers aka the blogger Ms Marmitelover, The Underground Restaurant
While the kids are showing off, the older brigade are getting intellectual. The new cerebrality, as exemplified by ex ad-man Tim Hayward's Fire & Knives quarterly, is sneaking out more than the odd tentacle. Look at the inspired loopiness of The Experimental Food Society. Members include Bompas and Parr: from burger-filled Krispy Kremes to happenings like Scratch'n'Sniff Cinema and Alcoholic Architecture – whole rooms suffused with inhaleable gin and tonic – everything they touch is a happening. Who says we aren't thinking about our food?
"When I first arrived in England in 1973, I remember being quite shocked by how bad the food was" Anissa Helou, food writer and broadcaster
Take two of the highest-profile recent restaurant openings (I make no apology for them both being in London; high-profile restaurant openings tend to be in London): Marcus Wareing's The Gilbert Scott and Heston Blumenthal's Dinner. Thoughtful in the extreme, both purport to put dishes of historical resonance on the table, but where in actual real life can you find "Dorset jugged steak" (The Gilbert Scott) or "powdered duck" (Dinner)? This isn't heritage British food at all, but the creation of clever chefs: it's theme-park Britain for the rich or tourists, who don't need to know that the vast majority aren't sitting down to "rice and flesh", but to Wall's rusk-tastic sausages anointed with Bisto.
And if we're not eating pease pudding, we're in pop-ups from groovy young chefs, or supper clubs, ad-hoc restaurants in the sitting rooms of enthusiastic amateurs. Recessions are notorious for skewing and subverting the way we eat; the last one gave us the gastropub, this one offers the opportunity to gawp at the neighbours' knick-knacks while weighing up how much to "voluntarily contribute" to cooking of varying levels of competency. If you're lucky, there may be a drag queen or two thrown in.
"Bollocks to how immaculate a 15-course tortured series of dishes can be. Give me a perfect chip any day!" Mark Manson, owner of award-winning Y Polyn restaurant
At least, I thought, eating might be getting a lot more fun for us beleaguered Brits than it used to be. And then I remembered my friend Sasha, for whom every mouthful is fraught with fear and guilt. She's not alone. Katherine May, author of the new book on relationships, The 52 Seductions, and a blog about food and relationships called Spooning, says: "Whenever I eat, I feel like I'm juggling a hundred pieces of information about the nutritional/ethical/calorific content of that food. It's impossible to eat a meal without feeling guilty somehow."
Is our fish sustainable? Is our meat free-range? What have our vegetables been sprayed with? Shopping for food can leave us as paralysed with indecision as a rabbit trapped in headlamps. Not farmed rabbit, of course. We've the foodie Cassandras to thank for that: Morgan Spurlock, Felicity Lawrence, Michael Pollan; Joanna Blythman's new book is called Fraught: What Not to Eat. Feeding off the fact that everyone was getting fatter and climate change was becoming something tangible and impossible to ignore, they took to the bookshelves with principles and brave hearts ablaze. Sadly, reading even a couple of them renders you incapable of ingesting as much as a pilchard without agonies of conscience.
Marketeers feed on our fears: even KFC is currently running a soft-focus new campaign that looks as though it's advertising Tuscan extra-virgin olive oil. If we buy frozen food, we feel bad. If we buy fresh food, we end up throwing it away, £23 billion's worth annually, according to lovefoodhatewaste.com.
"The way we eat today? Quickly, standing up, tweeting, with our cock in a prozzy and our lawyer on speed dial for the superinjunction" Giles Coren, TV presenter and restaurant critic
So we're photographing our food, tweeting and blogging it, trying to find out where it lived and what its name was before it was slaughtered, and yet the ready-meals market sector is blooming like fungus. We're obsessed with healthy eating and we're fatter than ever. We're wafting through rooms that allow you to inhale gin and tonic mist while buying fish fingers that retail at 6p each. We're espousing the Slow Food movement while eating more fast food than ever – and trying to cut our cooking times down to less than it would take to prepare a Pot Noodle.
Our snacks of choice are organic seeds and nuts – have you seen those ludicrous Graze boxes? – or Gregg's pasties. The government watches what we eat via bodies funded by Coca Cola and Cadbury's, who are then helpfully allowed to be self-regulating. We're continue to waft around supermarkets, checking our smartphones for info from sites like wheresyoursfrom.com which tells you where the eggs were laid, or fish sustainability iPhone apps. And yet the sugary kormas still find their way into our trolleys.
"Eating in the information age has become a complex business. It seems that everything we put in our mouths comes with an ethical dilemma" Andy Lynes, food writer
The way we eat today? Gimme a break: in Britain 2011, the food scene has never been more fragmented. The good food brigade is, like it or not, largely middle class. Fi Bird, a writer whose Stirrin' Stuff initiative specialises in teaching children about food, tells of visiting an inner-city school where the pupils had no idea that peas came from pods. How can we pretend we're a nation of locavore foragers when the spend on fast food is higher than ever?
"I can be sniffy about the lack of pomegranate seeds on a complex restaurant dish one day, while thoroughly enjoying Heinz Cream of Tomato the next. We make choices based on context, because now we can" Tracey MacLeod, 'The Independent' restaurant critic
Last night I ate octopus cleverly teased to look like risotto and a playful riff on the Full English Breakfast in an ambitious new restaurant that's had the blogosphere a-gibber. Tonight, I've fed the children on Waitrose pesto and frozen petit pois and I'm off to watch Come Dine With Me, while trying to work out if I can afford to fork out 300 quid for Nathan Myhrvold's cooking tome, Modernist Cuisine and munching on toast and Marmite. Artisan sourdough with goat's butter, naturally.
Taste of 2011
Freekeh
The grainy choice of the foodie cognoscenti knocks quinoa off the menu. Freekeh is young wheat roasted over straw to give it a smoky flavour. Abido freekeh, £3.50, melburyandappleton.co.uk
Rapeseed oil
Olive oil is so last century – try UK rapeseed instead. It's low in saturated fat and a source of omega oils. Yorkshire's rapeseed oil, £3.99, tesco.com
Sumac
This popular Middle Eastern spice is ground from a red berry, and lends a fruity flavour to dishes. Organic ground sumac, £2.26, steenbergs.co.uk
Pomegranate molasses
A reduction of the fruit into a syrup, pomegranate molasses can be used as a marinade for meat and fish. Pomegranate Molasses, £2.49, sainsburys.co.uk
Ducks' eggs
Larger and richer than hens' eggs, they're on the menu at the smartest dinner parties. 6 organic ducks' eggs, £3.69, abelandcole.co.uk
Nigella seeds
Aka kalonji or black onion seeds, nigella seeds are crucial in Indian cookery. Bart Spices kalonji, £1.69, waitrose.com
Raw chocolate
Less processed and with more flavour, raw choc is now the foodie's choice. Conscious plain bar, £3, therawchocolateshop.com
Golden beetroot
This vivid yellow beet is a traditional heritage variety, and makes a brightly coloured addition to salads and savoury dishes. Golden beetroot, £5.45, finefoodspecialist.co.uk
Goat's curd
This light and tangy soft cheese can be used to top off desserts and savouries. Neal's Yard Creamery goat's curd, £22.75 per 2kg, nealsyarddairyshop.co.uk
Cheeks
Monkfish, pig, ox or cod – it doesn't matter, as long as it's a cheek. Usually thrown away by butchers and fishmongers, they are delicious and cheap. Pig's cheek, £2.95, allensofmayfair.co.uk
21.6.11
Cabrito
Ten email przysłał do mnie mój Saudyjski brat Samy.A oto nowa restauracja Riyadh specalizująca się w mlodej Kozinie.Czy wiecie że mloda Koza jest najwięcej spozywanym mięsem na świecie.Ten grill jest imponujący,W Arabii saudyjskiej żywe zwierzęta są trzymane w zagrodach przy restauracji i zabijane w dniu konsumpcji ,W Arabii Saudyjskiej kladą ogromny nacisk żeby wszystko bylo świeże
1.6.11
Siedem zasad kulinarno podróżniczych Witolda
Po pierwsze,nigdy nie jedz w hotelu,z wyjątkiem 5 gwiazdkowych hoteli ,nigdy nie pytaj w hotelu o dobrą restaurację,zapytaj raczej taksówkarza.Jeżeli zobaczysz w w knajpie jakiegoś turystę-uciekaj,bo nic ciekawego cię tam nie spotka.Zaryzykuj-zjedz kolację w miejscowej knajpie z lokalnymi bywalcami.Jedz potrawy,których nazw nawet nie potrafisz wymówić i nie pytaj,z czego zostały zrobione.Pij to, co wszyscy.
Po drugie,bądź otwarty na ludzi ,uśmiechaj się,rozmawiaj.
Po trzecie,nie podróżuj w dużej grupie.Trzy ,cztery osoby to maksimum.
Po czwarte,nigdy nie jedz niczego co jest reklamowane w telewizji.
Po piąte,gotowanie bez przypraw to jak malowanie bez używania kolorowych farb.
Po szóste ,W Azji mówi się: poznaj kuchnię, a zrozumiesz ludzi, ich kraj i kulturę .
Po siódme,używaj produktów sezonowych,produkowanych nie dalej niż 150 km od ciebie
Po drugie,bądź otwarty na ludzi ,uśmiechaj się,rozmawiaj.
Po trzecie,nie podróżuj w dużej grupie.Trzy ,cztery osoby to maksimum.
Po czwarte,nigdy nie jedz niczego co jest reklamowane w telewizji.
Po piąte,gotowanie bez przypraw to jak malowanie bez używania kolorowych farb.
Po szóste ,W Azji mówi się: poznaj kuchnię, a zrozumiesz ludzi, ich kraj i kulturę .
Po siódme,używaj produktów sezonowych,produkowanych nie dalej niż 150 km od ciebie
Co jest ważniejsze w gotowaniu: intuicja czy eksperymentowanie?
Ja stawiam na intuicję. Wierzę bowiem, że każda osoba interesująca się kulinariami, posiada szósty zmysł, który podpowiada, że pewne połączenia smaków tworzą idealną całość, podczas gdy inne zupełnie do siebie nie pasują. Koperek i wędzony łosoś, dynia i kumin, bazylia i pomidory, czekolada i orzechy - to tylko przykłady połączeń idealnych. Aby je poznać, wystarczy kierować się intuicją. Jeśli tej nam brakuje, musimy zdać się na eksperymenty i metodą prób i błędów wypracować swoje połączenia idealne. Tak naprawdę każda metoda jest dobra, byleby prowadziła do właściwego celu, czyli maksimum smaku przy minimum zmarnowanych sił i składników.
Jakie smaki są mi najbliższe?
Najbardziej lubię kontrastowe połączenia smaków i konsystencji potraw: słodkie ze słonym, ostre z łagodnym, chrupiące z miękkim, delikatne z twardym. Lubię, gdy smaki grają na języku. Często zamykam oczy, by lepiej poczuć smak potrawy i wyłonić z niej główną nutę i te poboczne, wzbogacające całość. Lubię proste, ale przemyślane kompozycje smakowe. Nie przemówi do mnie wieżyczka z cielęciny z kroplą sosu borowikowego na puree marchewkowo-ziemniaczanym z prażonymi pestkami dyni, bo nie lubię natłoku składników w jednym daniu, za to wybiorę margheritę z domowym sosem pomidorowym, miękką mozarellą i świeżą bazylią. A zamiast ciasta z kolorową posypką i czterema warstwami kremów, wybiorę mocno czekoladowe brownies z prażonymi orzechami laskowymi. Wychodzę bowiem z założenia, że w kuchni liczy się jakość, a nie ilość składników. To naprawdę działa.
Jakie smaki są mi najbliższe?
Najbardziej lubię kontrastowe połączenia smaków i konsystencji potraw: słodkie ze słonym, ostre z łagodnym, chrupiące z miękkim, delikatne z twardym. Lubię, gdy smaki grają na języku. Często zamykam oczy, by lepiej poczuć smak potrawy i wyłonić z niej główną nutę i te poboczne, wzbogacające całość. Lubię proste, ale przemyślane kompozycje smakowe. Nie przemówi do mnie wieżyczka z cielęciny z kroplą sosu borowikowego na puree marchewkowo-ziemniaczanym z prażonymi pestkami dyni, bo nie lubię natłoku składników w jednym daniu, za to wybiorę margheritę z domowym sosem pomidorowym, miękką mozarellą i świeżą bazylią. A zamiast ciasta z kolorową posypką i czterema warstwami kremów, wybiorę mocno czekoladowe brownies z prażonymi orzechami laskowymi. Wychodzę bowiem z założenia, że w kuchni liczy się jakość, a nie ilość składników. To naprawdę działa.
20.5.11
Kolendra moje ulubione zioło
Skąd pochodzi kolendra?
Roślina ta pochodzi z terenów położonych w sąsiedztwie Morza Śródziemnego. Dziko żyjącą kolendrę aktualnie spotkać można na obszarze południowej Europy, jednak jej największymi dostawcami są: Iran, Indie, kraje byłego Związku Radzieckiego, USA, a także kraje Bliskiego Wschodu. Warto wiedzieć, że kolendra należy do najstarszych roślin, które zaczął uprawiać człowiek. Była popularną przyprawą już w czasach starożytnych.
Kolendra a zdrowie
Kolendra może pochwalić się dobroczynnym dla ludzkiego organizmu działaniem. Skutecznie pobudza apetyt, wzmacnia trawienie, oczyszcza krew, a także łagodzi nieprzyjemne i uciążliwe skurcze i wzdęcia. Jest też stosowana w przypadku kłopotów z nadmiernym wzrostem flory bakteryjnej i chorób układu nerwowego.
Przepisy z kolendrą
Kolendra ze względu na swój wyjątkowy smak, stała się nieodzownym składnikiem w kuchniach całego świata. Jej świeże liście oraz korzeń dodawane są do rozmaitych sosów, zup i wielu dań orientalnych. Idealnie sprawdzają się także w potrawach kuchni meksykańskiej. Dojrzałe owoce kolendry wykorzystywane są podczas marynowania mięsa, warzyw, grzybów i ryb, a suszone mogą posłużyć jako przyprawa, np. do mięsa wieprzowego, dziczyzny, baraniny i drobiu. Kolendrę możemy również dodać do przeróżnych sałatek lub pasztetów. Nie każdy też wie, że roślina ta jest wykorzystywana podczas przygotowywania ciast i lodów. Pamiętaj o tym, aby dodawać kolendrę do potraw dopiero na gotową potrawę, tak aby nie straciła swojego wyjątkowego smaku i aromatu.
Ciekawostki o kolendrze
Kolendra osiąga nawet do 50 cm wysokości. Jej liście mają delikatnie anyżowy zapach, natomiast nasiona są słodkie i posiadają pomarańczowy aromat. W czasie kwitnienia na łodydze zauważyć można niewielkie białe lub różowe kwiaty. Owoce kolendry są kuliste i posiadają szarobrunatne zabarwienie.
Roślina ta pochodzi z terenów położonych w sąsiedztwie Morza Śródziemnego. Dziko żyjącą kolendrę aktualnie spotkać można na obszarze południowej Europy, jednak jej największymi dostawcami są: Iran, Indie, kraje byłego Związku Radzieckiego, USA, a także kraje Bliskiego Wschodu. Warto wiedzieć, że kolendra należy do najstarszych roślin, które zaczął uprawiać człowiek. Była popularną przyprawą już w czasach starożytnych.
Kolendra a zdrowie
Kolendra może pochwalić się dobroczynnym dla ludzkiego organizmu działaniem. Skutecznie pobudza apetyt, wzmacnia trawienie, oczyszcza krew, a także łagodzi nieprzyjemne i uciążliwe skurcze i wzdęcia. Jest też stosowana w przypadku kłopotów z nadmiernym wzrostem flory bakteryjnej i chorób układu nerwowego.
Przepisy z kolendrą
Kolendra ze względu na swój wyjątkowy smak, stała się nieodzownym składnikiem w kuchniach całego świata. Jej świeże liście oraz korzeń dodawane są do rozmaitych sosów, zup i wielu dań orientalnych. Idealnie sprawdzają się także w potrawach kuchni meksykańskiej. Dojrzałe owoce kolendry wykorzystywane są podczas marynowania mięsa, warzyw, grzybów i ryb, a suszone mogą posłużyć jako przyprawa, np. do mięsa wieprzowego, dziczyzny, baraniny i drobiu. Kolendrę możemy również dodać do przeróżnych sałatek lub pasztetów. Nie każdy też wie, że roślina ta jest wykorzystywana podczas przygotowywania ciast i lodów. Pamiętaj o tym, aby dodawać kolendrę do potraw dopiero na gotową potrawę, tak aby nie straciła swojego wyjątkowego smaku i aromatu.
Ciekawostki o kolendrze
Kolendra osiąga nawet do 50 cm wysokości. Jej liście mają delikatnie anyżowy zapach, natomiast nasiona są słodkie i posiadają pomarańczowy aromat. W czasie kwitnienia na łodydze zauważyć można niewielkie białe lub różowe kwiaty. Owoce kolendry są kuliste i posiadają szarobrunatne zabarwienie.
14.5.11
Odchudzaj się poprzez zmniejszanie apetytu
Jabłka
To owoc zawierający nie tylko dużo wody, ale też błonnik powodujący uczucie sytości. Podczas trawienia jabłek wytwarza się hormon GLP-1. To jeden z hormonów przewodu pokarmowego regulujący łaknienie. Jego działanie polega na tym, że wysyła do mózgu sygnał zaspokojenia głodu. Jabłka najlepiej jeść 15 minut przed obiadem. Dzięki temu poczujesz sytość i podczas posiłku zjesz o 15 proc. kalorii mniej.
Ostre papryczki chili
Potrawy przyprawiane ostrą, czerwoną papryczką to sprawdzony sposób na poskromienie apetytu i dodanie sobie energii. Papryczka chili zawiera kapsaicyna. To substancja odpowiedzialna za pikantny smak. Związek ten sam w sobie jest toksyczny dla organizmu, jednak spożywanie jego naturalnych źródeł, czyli m.in. papryczek chilli, jest bezpieczne. Podczas jedzenia ostro przyprawionych potraw mózg stymuluje organizm do wytworzenia większej dawki adrenaliny, co powoduje, że serce przyspiesza swoją pracę, a kalorie są zdecydowanie szybciej spalane. Ważne aby papryczka chili dodawana do potraw była świeża.
Proteiny
Proteiny w porównaniu z węglowodanami i tłuszczem zapewniają największe poczucie sytości. Stąd tak duża popularność diety*Dukana. Dieta ta jest skomponowana głównie z proteinowych posiłków. Dania wysokoproteinowe to dobra metoda na zaspokojenie głodu. Dzięki nim wydziela się w jelitach zmniejszający głód hormon PYY. Pokarmy z dużą zawartością białka lepiej niż inne produkty podnoszą stężenie tego hormonu. Według brytyjskich badań układając program odchudzający dla pacjentów z otyłością należy przede wszystkim uwzględnić ich poziom stężenia PYY. Tym bardziej, że w przeciwieństwie do osób z normalną wagą, organizm osoby przy kości, potrzebuje dwa razy więcej kalorii, aby hormon PYY zaczął wysyłać sygnały sytości. Zwiększona zawartość białka w diecie wspomaga produkcję PYY i dzięki temu uczucie sytości przychodzi szybciej.
*Uwaga na dietę Dukana
Dieta Dukana należy do jednej z najbardziej rygorystycznych, wyłącza z naszego jadłospisu większość podstawowych składników. Nie nadaje się także dla osób pracujących umysłowo lub uczniów, bo jedynym "paliwem", które zasila nasz mózg, jest glukoza. Ograniczając ilość węglowodanów głodzimy nasz mózg, o czym warto pamiętać (zwłaszcza tuż przed maturą, egzaminem czy w trakcie pracy umysłowej). Nie tylko dieta Dukana jest dietą eliminującą aż 2 główne grupy związków organicznych z naszego pożywienia. Podobnie działa np. dieta warzywna czy owocowa. Przechodząc na taką dietę dostarczamy organizmowi głównie węglowodanów, zapominając o białkach i tłuszczach - w ten sposób mamy energię potrzebną do funkcjonowania organizmu, ale bez odpowiedniej ilości białka i tłuszczu organizm nie może prawidłowo funkcjonować - zaburzona zostaje równowaga hormonalna, procesy odnowy komórek, żeby zdobyć aminokwasy, ciało zaczyna spalać własne mięśnie.
Zielona herbata
Zielona herbata poprawia metabolizm. To z kolei przyczynia się do utraty wagi lub do utrzymania jej w granicach normy. Koncentracja polifenoli w herbacie, zwłaszcza katechin, poprawia termogenezę, a tym samym tempo w jakim ciało spala kalorie. Podniesiony w ten sposób metabolizm pomaga w odchudzaniu i utracie zbędnych kilogramów. Można dodać do diety suplementy z zielonej herbaty lub pić ją do woli. Pijąc dziennie od trzech do sześciu filiżanek zielonej herbaty aż o 40 proc. przyspieszamy spalanie tłuszczów.
Cytrusy
Składniki zawarte w grejpfrutach i cytrynach przyspieszają przemianę materii, regulują trawienie i poziom cholesterolu we krwi. Zapobiegają utlenianiu się złej frakcji cholesterolu (LDL). Pektyny zawarte np. w cytrynach pobudzają czynności jelit oraz przeciwdziałają wchłanianiu toksyn, zalegających w jelitach. Cytrusy doskonale nadają się do diet oczyszczających i jednodniowych diet sokowych.
Czosnek
Związki czynne znajdujące się w czosnku działają bakteriobójczo, niszczą pierwotniaki i grzyby. Ale to nie jedyne zalety czosnku. Przyprawa ta zwiększa wydzielanie żółci i soku żołądkowego poprawiając w ten sposób trawienie, równocześnie regulując przemianę materii. Czosnek obniża poziom cholesterolu we krwi (poprzez wspomaganie metabolizmu tłuszczów) oraz ma korzystny wpływ na proporcje pomiędzy cholesterolem HDL a LDL.
Cynamon
To przede wszystkim doskonałe źródło manganu, błonnika, żelaza i wapnia. Pół łyżeczki cynamonu dziennie może obniżać poziom złego cholesterolu LDL. Niektóre badania sugerują, że cynamon może mieć wpływ na regulację poziomu cukru we krwi, co ma szczególne znaczenie dla osób chorych na cukrzyce. Ta aromatyczna przyprawa zawiera substancje, które korzystnie wpływają na uwrażliwienie tkanek na insulinę. Tym samym cynamon wspomaga regulowanie gospodarki węglowodanowej w organizmie oraz przyczynia się do przyspieszenia procesów spalania tkanki tłuszczowej. Cynamonem można przyprawiać słodkie potrawy, a także sałatki.
Korzeń imbiru
Warto dodawać tę przyprawę do posiłków bo ma właściwości odchudzające. Imbir przyspiesza tempo spalania tłuszczy i węglowodanów. Korzeń imbiru jest częstym składnikiem preparatów odchudzających
To owoc zawierający nie tylko dużo wody, ale też błonnik powodujący uczucie sytości. Podczas trawienia jabłek wytwarza się hormon GLP-1. To jeden z hormonów przewodu pokarmowego regulujący łaknienie. Jego działanie polega na tym, że wysyła do mózgu sygnał zaspokojenia głodu. Jabłka najlepiej jeść 15 minut przed obiadem. Dzięki temu poczujesz sytość i podczas posiłku zjesz o 15 proc. kalorii mniej.
Ostre papryczki chili
Potrawy przyprawiane ostrą, czerwoną papryczką to sprawdzony sposób na poskromienie apetytu i dodanie sobie energii. Papryczka chili zawiera kapsaicyna. To substancja odpowiedzialna za pikantny smak. Związek ten sam w sobie jest toksyczny dla organizmu, jednak spożywanie jego naturalnych źródeł, czyli m.in. papryczek chilli, jest bezpieczne. Podczas jedzenia ostro przyprawionych potraw mózg stymuluje organizm do wytworzenia większej dawki adrenaliny, co powoduje, że serce przyspiesza swoją pracę, a kalorie są zdecydowanie szybciej spalane. Ważne aby papryczka chili dodawana do potraw była świeża.
Proteiny
Proteiny w porównaniu z węglowodanami i tłuszczem zapewniają największe poczucie sytości. Stąd tak duża popularność diety*Dukana. Dieta ta jest skomponowana głównie z proteinowych posiłków. Dania wysokoproteinowe to dobra metoda na zaspokojenie głodu. Dzięki nim wydziela się w jelitach zmniejszający głód hormon PYY. Pokarmy z dużą zawartością białka lepiej niż inne produkty podnoszą stężenie tego hormonu. Według brytyjskich badań układając program odchudzający dla pacjentów z otyłością należy przede wszystkim uwzględnić ich poziom stężenia PYY. Tym bardziej, że w przeciwieństwie do osób z normalną wagą, organizm osoby przy kości, potrzebuje dwa razy więcej kalorii, aby hormon PYY zaczął wysyłać sygnały sytości. Zwiększona zawartość białka w diecie wspomaga produkcję PYY i dzięki temu uczucie sytości przychodzi szybciej.
*Uwaga na dietę Dukana
Dieta Dukana należy do jednej z najbardziej rygorystycznych, wyłącza z naszego jadłospisu większość podstawowych składników. Nie nadaje się także dla osób pracujących umysłowo lub uczniów, bo jedynym "paliwem", które zasila nasz mózg, jest glukoza. Ograniczając ilość węglowodanów głodzimy nasz mózg, o czym warto pamiętać (zwłaszcza tuż przed maturą, egzaminem czy w trakcie pracy umysłowej). Nie tylko dieta Dukana jest dietą eliminującą aż 2 główne grupy związków organicznych z naszego pożywienia. Podobnie działa np. dieta warzywna czy owocowa. Przechodząc na taką dietę dostarczamy organizmowi głównie węglowodanów, zapominając o białkach i tłuszczach - w ten sposób mamy energię potrzebną do funkcjonowania organizmu, ale bez odpowiedniej ilości białka i tłuszczu organizm nie może prawidłowo funkcjonować - zaburzona zostaje równowaga hormonalna, procesy odnowy komórek, żeby zdobyć aminokwasy, ciało zaczyna spalać własne mięśnie.
Zielona herbata
Zielona herbata poprawia metabolizm. To z kolei przyczynia się do utraty wagi lub do utrzymania jej w granicach normy. Koncentracja polifenoli w herbacie, zwłaszcza katechin, poprawia termogenezę, a tym samym tempo w jakim ciało spala kalorie. Podniesiony w ten sposób metabolizm pomaga w odchudzaniu i utracie zbędnych kilogramów. Można dodać do diety suplementy z zielonej herbaty lub pić ją do woli. Pijąc dziennie od trzech do sześciu filiżanek zielonej herbaty aż o 40 proc. przyspieszamy spalanie tłuszczów.
Cytrusy
Składniki zawarte w grejpfrutach i cytrynach przyspieszają przemianę materii, regulują trawienie i poziom cholesterolu we krwi. Zapobiegają utlenianiu się złej frakcji cholesterolu (LDL). Pektyny zawarte np. w cytrynach pobudzają czynności jelit oraz przeciwdziałają wchłanianiu toksyn, zalegających w jelitach. Cytrusy doskonale nadają się do diet oczyszczających i jednodniowych diet sokowych.
Czosnek
Związki czynne znajdujące się w czosnku działają bakteriobójczo, niszczą pierwotniaki i grzyby. Ale to nie jedyne zalety czosnku. Przyprawa ta zwiększa wydzielanie żółci i soku żołądkowego poprawiając w ten sposób trawienie, równocześnie regulując przemianę materii. Czosnek obniża poziom cholesterolu we krwi (poprzez wspomaganie metabolizmu tłuszczów) oraz ma korzystny wpływ na proporcje pomiędzy cholesterolem HDL a LDL.
Cynamon
To przede wszystkim doskonałe źródło manganu, błonnika, żelaza i wapnia. Pół łyżeczki cynamonu dziennie może obniżać poziom złego cholesterolu LDL. Niektóre badania sugerują, że cynamon może mieć wpływ na regulację poziomu cukru we krwi, co ma szczególne znaczenie dla osób chorych na cukrzyce. Ta aromatyczna przyprawa zawiera substancje, które korzystnie wpływają na uwrażliwienie tkanek na insulinę. Tym samym cynamon wspomaga regulowanie gospodarki węglowodanowej w organizmie oraz przyczynia się do przyspieszenia procesów spalania tkanki tłuszczowej. Cynamonem można przyprawiać słodkie potrawy, a także sałatki.
Korzeń imbiru
Warto dodawać tę przyprawę do posiłków bo ma właściwości odchudzające. Imbir przyspiesza tempo spalania tłuszczy i węglowodanów. Korzeń imbiru jest częstym składnikiem preparatów odchudzających
11.5.11
Polska pieczarka podbija świat. Kto pracuje na jej sukces?
1 kwi, 16:22
Leszek Sadkowski
Źródło: OnetBiznes
Przed stu laty jej kilogram kosztował tyle ile para nowych butów, a jeszcze wcześniej robiła fortunę na europejskich dworach i była porównywana z truflami. Dziś stać na nią praktycznie każdego z nas, ale wciąż jeszcze nie za wiele o niej wiemy. Nasza pieczarka już podbiła Europę. Czy skusi także Polaków?
Mało kto wie, że jeszcze do pierwszej wojny światowej pieczarki, które można było kupić w Warszawie czy innych większych polskich miastach przyjeżdżały do nas z Moskwy, gdyż na terenie kraju uprawy pieczarek praktycznie nie istniały. Dlatego były wtedy tak drogie i mało kogo było na nie stać. Jeden kilogram tego mało znanego jeszcze grzyba kosztował w Warszawie ok. 12 zł, czyli mniej więcej tyle ile para nowych butów. Pieczarka była zatem produktem elitarnym, większości Polaków po prostu nie było stać na jej zakup i konsumpcję.
Pociągiem do Wiednia
Na szczęście sytuacja powoli, ale jednak ulegała zmianie i po wojennych zawieruchach rodacy coraz chętniej i częściej zaczęli pieczarki uprawiać, doceniając jej walory smakowe. Mimo tego cena kilograma wciąż była wysoka i produkt ten, mimo tego, że stał się powszechniejszy, niż na początku XX wieku wciąż był jeszcze stosunkowo drogi.
Ale Polak, jak to Polak, jeśli musiał sobie radzić to zwykle potrafił, o czym najlepiej przekonały nas czasy PRL. To właśnie wtedy kilku przedsiębiorczych rodaków zdecydowało się na pieczarkową odsiecz Wiednia i w roku 1961 z 12-kilogramowym bagażem tych grzybów ruszyli nad Dunaj, by tam promować swój produkt, a przy okazji na tym zarobić. Efekty przeszły najśmielsze oczekiwania. – Wiedeńczycy wprost oszaleli na punkcie pieczarek, a niektóre gospodynie domowe wręcz stawiały sobie za punkt honoru zdobycie polskiej pieczarki – opowiada Krystian Szudyga, prezes Stowarzyszenia Branży Grzybów Uprawnych w Polsce.
Można zatem powiedzieć, że w taki właśnie sposób, pół wieku temu polska pieczarka zaczęła podbijać Europę.
Co Ty wiesz o pieczarce?
Co przeciętny zjadacz chleba wie o pieczarce? Niewiele lub prawie nic. Eksperci przypominają, że aby powrócić do źródeł, powinniśmy cofnąć się o kilkaset lat.
Podobnie jak w wielu innych dziedzinach życia prekursorami upraw wielu gatunków grzybów byli Chińczycy. Ale to nie oni odkryli pieczarkę. Główny udział w tym mieli XVI-wieczni Francuzi, którzy jako pierwsi zaczęli ją uprawiać.
W historię tego smacznego grzyba wpisali się również Skandynawowie - w 1753 roku Karol Linneusz, szwedzki botanik, opisał poprawnie pieczarkę jako rodzaj w Species Plantarum, co zostało następnie zatwierdzone przez pioniera systematyki grzybów, Eliasa Magnusa Friesa. Warto dodać, że już wtedy potrawa z tego grzyba uchodziła za danie wyjątkowo wykwintne, na które pozwolić sobie mogli ludzie naprawdę zamożni (stąd początkowo pieczarka trafiała zwykle jedynie na stoły książęce i królewskie).
Z kolei Anthelme Brillat-Savarin, przez wielu uważany za twórcę XIX-wiecznej kuchni, znany smakosz i pisarz, porównywał walory kulinarne pieczarki do trufli, która jak wiadomo do dziś jest grzybem elitarnym i bardzo kosztownym.
Tak czy inaczej, w XVIII wieku pieczarka pojawiała się zwykle na suto zastawionych stołach w towarzystwie wyszukanych owoców morza czy wspomnianych już trufli.
Rywalizacja o europejski prymat
Ale czasy się zmieniły i obecnie pieczarki od wielu już lat uprawia się na skalę masową. Zmieniła się również pozycja naszego kraju na mapie jej producentów. Jeszcze w 2000 roku produkowaliśmy ok. 95 tys. ton rocznie, co dawało nam szóste miejsce w Europie. Ustępowaliśmy wtedy pola największym producentom pieczarek - Holendrom, Francuzom i Niemcom. Ale cztery lata później ustępujemy już tylko Holandii, a polska produkcja rośnie jak na drożdżach (wzrasta blisko dwukrotnie, do 180 tys. ton). Powoli stajemy się również eksportowym gigantem – sprzedaż naszych grzybów za granicę rośnie kilkunastokrotnie - z ok. 6 tys. do ponad 95 tys. ton.
Również jeszcze pięć lat temu byliśmy na drugim miejscu wśród producentów pieczarki w Europie, wytwarzając co czwartego grzyba na kontynencie. W dalszym ciągu wyprzedzała nas tylko Holandia. Ale stało się to, co musiało się stać - nadszedł czas na zmianę lidera.
Holandia pożegnała się z pierwszym miejscem i zapewne już na miejsce to nie wróci, gdyż w starciu z naszym potencjałem szanse ma niewielkie.
Poza tym nasza pieczarka jest powszechnie uważana za jakościowo lepszą niż np. holenderska, którą w większości zbierają maszyny, kalecząc tego delikatnego grzyba niemiłosiernie (przez co blisko trzy czwarte zbioru ląduje w puszkach lub słoikach).
W Polsce z grzybem postępuje się delikatniej, zbiera się go często jeszcze ręcznie, bo i praca jest znacznie tańsza, i ludzi do zbioru nie brakuje.
Pomaga drogie euro
Dlaczego pieczarki bardziej opłaca się uprawiać w Polsce, a nie w Holandii? – zastanawiają się w Amsterdamie i Hadze. Odpowiedź jest prosta - niższe koszty pracy w Polsce oraz korzystny kurs złotego względem euro.
Mimo przegranej rywalizacji o prymat, Holendrzy nie zmienili swoich preferencji kulinarnych i wciąż zajadają się pieczarkami. Dzięki temu należą do jednych z ich największych konsumentów w Europie. W 2009 roku jedli 2,5 kg tych grzybów (na osobę), znacznie więcej niż my – Polacy statystycznie wciąż jeszcze konsumują ich o wiele mniej, niż inni Europejczycy. W roku 2009 r. było to 1,8 kg (na osobę), podczas gdy np. taki Hiszpan spożywał ich blisko dwa razy więcej (ok. 3,5 kg). Pieczarki smakują też Brytyjczykom (2,9 kg na osobę) i Włochom (2,7 kg).
Szybko rosnąca produkcja i korzystny kurs euro sprawiły, że Polska stała się obecnie największym eksporterem pieczarek na unijny rynek. Sprzedajemy je głównie Niemcom, Francuzom, Brytyjczykom oraz Holendrom, którzy również docenili nasz produkt. Polskie pieczarki opanowały też Paryż, Rzym, Madryt, a także Cypr i kraje bałkańskie.
Najsolidniejszym odbiorcą jest jednak, o dziwo, Rosja, która kupuje blisko 50 tys. ton naszej produkcji. Można zatem powiedzieć, że historia zatoczyła w ten sposób ponad stuletnie koło. Kiedyś pieczarki sprowadzaliśmy z Moskwy, dziś to Rosjanie zajadają się naszym towarem. Dodajmy również, że partie pieczarek zamawiają również Amerykanie, Kanadyjczycy i Skandynawowie, co znaczy, że otworem stanąć może wkrótce przed naszymi producentami kilka kolejnych znaczących rynków.
- Wiele krajów ma swoją żywnościową specjalność. Polska wyspecjalizowała się w pieczarkach i zdobyła nią rynki eksportowe. To cieszy, ale warto, by polskie firmy znajdowały i opanowywały kolejne tego typu nisze rynku żywnościowego w zamożnej Europie, której rynek konsumencki liczy przecież ponad 300 mln ludzi – mówi Sebastian Gawłowski, analityk ISB Euromoney.
Postawić na kraj
Z szacunków Stowarzyszenia Branży Grzybów Uprawnych w Polsce wynika, że w roku ubiegłym za granicę sprzedaliśmy więcej niż połowę krajowej produkcji, tj. ponad 125 tys. ton. Jak już wspomnieliśmy pieczarka to delikatny i trudny w przewozie produkt. Dlatego większość (ok. 80 proc.) eksportowanych grzybów jest schładzana. Pozostałe przewozi się w postaci mrożonej. Dość popularna jest też ostatnio marynata.
Krystian Szudyga, prezes Stowarzyszenia ma jednak inny problem. - Eksport idzie świetnie i niewątpliwie cieszymy się z tego. Ale musimy teraz pomyśleć, jak zwiększyć sprzedaż i konsumpcję krajową, bo moim zdaniem polski rynek ma w sobie duży potencjał, który należy umiejętnie wykorzystać – mówi.
I niewątpliwie ma rację, tym bardziej, że produkcja na polski rynek łączy się z mniejszym ryzykiem. Co prawda kurs euro sprzyja na razie eksporterom, ale wcale nie da wykluczyć się tego, że za jakiś czas złoty umocni się w stosunku do innych walut, a wtedy eksport przestanie się tak bardzo opłacać i ratunku szukać będzie trzeba na naszym podwórku. Równie ryzykowny jest transport grzybów do ich największego odbiorcy, czyli Rosji. Wystarczy dłuższy postój na granicy w czasie upalnego lata lub niespodziewana zmiana przepisów i cały transport (po wielogodzinnym oczekiwaniu na granicy) nie będzie nadawał się do konsumpcji.
Obecnie z uprawy pieczarek żyje w kraju ponad 3 tysiące rodzin (a łącznie ponad 15 tys. osób - sporo miejsc pracy powstało bowiem na potrzeby branży, np. część gospodarstw wytwarza same podłoża do grzybów).
Warto również dodać, że polski rynek zdominowali wielcy producenci – ocenia się, że setka największych firm wytwarza blisko 90 proc. całej produkcji. Wynika to głównie z tego, że uprawa pieczarki jest dość kapitałochłonna, ale można z niej godnie żyć – przeciętna rentowność branży wynosi ok. 8 proc.
Największe uprawy pieczarki są w Wielkopolsce (przede wszystkim okolice Poznania, skąd sprzedawane są do Niemiec i dalej na zachód Europy), na Górnym Śląsku (stąd sporo grzybów trafia do Czech) oraz na Podlasiu (gdzie mieści się jedno z największych centrów produkcyjnych w Europie - tamtejsze grzyby trafiają w znacznej części na stoły Rosjan).
Wegetarianie budują spożycie
W ocenie ekspertów rzeczywisty smak pieczarki najlepiej jest poznać próbując jej na surowo, gdyż po wszelakich przeróbkach termicznych grzyb traci smak.
Biznesowo ważne mogą być inne czynniki – otóż pieczarki bogate są w dobrze przyswajalne białka, błonnik, a także cenne witaminy i mikroelementy. Idealne rozwiązanie dla wegetarian, których jest w Polsce coraz więcej. Bo oni chętnie jedzą grzyby, a pieczarka to także jeden z najlepszych zamienników mięsa – tłumaczą branżowi specjaliści.
Kurt Scheller z Akademii Kulinarnej podkreśla, że pieczarka, podobnie jak i inne grzyby, może być alternatywą dla osób, które nie zamierzają zrezygnować, ale chcą jedynie ograniczyć jedzenie mięsa. Danie z grzybów przypomina bowiem potrawę mięsną, co dla tzw. mięsożernych może być wartością samą w sobie.
Leszek Sadkowski
Źródło: OnetBiznes
Przed stu laty jej kilogram kosztował tyle ile para nowych butów, a jeszcze wcześniej robiła fortunę na europejskich dworach i była porównywana z truflami. Dziś stać na nią praktycznie każdego z nas, ale wciąż jeszcze nie za wiele o niej wiemy. Nasza pieczarka już podbiła Europę. Czy skusi także Polaków?
Mało kto wie, że jeszcze do pierwszej wojny światowej pieczarki, które można było kupić w Warszawie czy innych większych polskich miastach przyjeżdżały do nas z Moskwy, gdyż na terenie kraju uprawy pieczarek praktycznie nie istniały. Dlatego były wtedy tak drogie i mało kogo było na nie stać. Jeden kilogram tego mało znanego jeszcze grzyba kosztował w Warszawie ok. 12 zł, czyli mniej więcej tyle ile para nowych butów. Pieczarka była zatem produktem elitarnym, większości Polaków po prostu nie było stać na jej zakup i konsumpcję.
Pociągiem do Wiednia
Na szczęście sytuacja powoli, ale jednak ulegała zmianie i po wojennych zawieruchach rodacy coraz chętniej i częściej zaczęli pieczarki uprawiać, doceniając jej walory smakowe. Mimo tego cena kilograma wciąż była wysoka i produkt ten, mimo tego, że stał się powszechniejszy, niż na początku XX wieku wciąż był jeszcze stosunkowo drogi.
Ale Polak, jak to Polak, jeśli musiał sobie radzić to zwykle potrafił, o czym najlepiej przekonały nas czasy PRL. To właśnie wtedy kilku przedsiębiorczych rodaków zdecydowało się na pieczarkową odsiecz Wiednia i w roku 1961 z 12-kilogramowym bagażem tych grzybów ruszyli nad Dunaj, by tam promować swój produkt, a przy okazji na tym zarobić. Efekty przeszły najśmielsze oczekiwania. – Wiedeńczycy wprost oszaleli na punkcie pieczarek, a niektóre gospodynie domowe wręcz stawiały sobie za punkt honoru zdobycie polskiej pieczarki – opowiada Krystian Szudyga, prezes Stowarzyszenia Branży Grzybów Uprawnych w Polsce.
Można zatem powiedzieć, że w taki właśnie sposób, pół wieku temu polska pieczarka zaczęła podbijać Europę.
Co Ty wiesz o pieczarce?
Co przeciętny zjadacz chleba wie o pieczarce? Niewiele lub prawie nic. Eksperci przypominają, że aby powrócić do źródeł, powinniśmy cofnąć się o kilkaset lat.
Podobnie jak w wielu innych dziedzinach życia prekursorami upraw wielu gatunków grzybów byli Chińczycy. Ale to nie oni odkryli pieczarkę. Główny udział w tym mieli XVI-wieczni Francuzi, którzy jako pierwsi zaczęli ją uprawiać.
W historię tego smacznego grzyba wpisali się również Skandynawowie - w 1753 roku Karol Linneusz, szwedzki botanik, opisał poprawnie pieczarkę jako rodzaj w Species Plantarum, co zostało następnie zatwierdzone przez pioniera systematyki grzybów, Eliasa Magnusa Friesa. Warto dodać, że już wtedy potrawa z tego grzyba uchodziła za danie wyjątkowo wykwintne, na które pozwolić sobie mogli ludzie naprawdę zamożni (stąd początkowo pieczarka trafiała zwykle jedynie na stoły książęce i królewskie).
Z kolei Anthelme Brillat-Savarin, przez wielu uważany za twórcę XIX-wiecznej kuchni, znany smakosz i pisarz, porównywał walory kulinarne pieczarki do trufli, która jak wiadomo do dziś jest grzybem elitarnym i bardzo kosztownym.
Tak czy inaczej, w XVIII wieku pieczarka pojawiała się zwykle na suto zastawionych stołach w towarzystwie wyszukanych owoców morza czy wspomnianych już trufli.
Rywalizacja o europejski prymat
Ale czasy się zmieniły i obecnie pieczarki od wielu już lat uprawia się na skalę masową. Zmieniła się również pozycja naszego kraju na mapie jej producentów. Jeszcze w 2000 roku produkowaliśmy ok. 95 tys. ton rocznie, co dawało nam szóste miejsce w Europie. Ustępowaliśmy wtedy pola największym producentom pieczarek - Holendrom, Francuzom i Niemcom. Ale cztery lata później ustępujemy już tylko Holandii, a polska produkcja rośnie jak na drożdżach (wzrasta blisko dwukrotnie, do 180 tys. ton). Powoli stajemy się również eksportowym gigantem – sprzedaż naszych grzybów za granicę rośnie kilkunastokrotnie - z ok. 6 tys. do ponad 95 tys. ton.
Również jeszcze pięć lat temu byliśmy na drugim miejscu wśród producentów pieczarki w Europie, wytwarzając co czwartego grzyba na kontynencie. W dalszym ciągu wyprzedzała nas tylko Holandia. Ale stało się to, co musiało się stać - nadszedł czas na zmianę lidera.
Holandia pożegnała się z pierwszym miejscem i zapewne już na miejsce to nie wróci, gdyż w starciu z naszym potencjałem szanse ma niewielkie.
Poza tym nasza pieczarka jest powszechnie uważana za jakościowo lepszą niż np. holenderska, którą w większości zbierają maszyny, kalecząc tego delikatnego grzyba niemiłosiernie (przez co blisko trzy czwarte zbioru ląduje w puszkach lub słoikach).
W Polsce z grzybem postępuje się delikatniej, zbiera się go często jeszcze ręcznie, bo i praca jest znacznie tańsza, i ludzi do zbioru nie brakuje.
Pomaga drogie euro
Dlaczego pieczarki bardziej opłaca się uprawiać w Polsce, a nie w Holandii? – zastanawiają się w Amsterdamie i Hadze. Odpowiedź jest prosta - niższe koszty pracy w Polsce oraz korzystny kurs złotego względem euro.
Mimo przegranej rywalizacji o prymat, Holendrzy nie zmienili swoich preferencji kulinarnych i wciąż zajadają się pieczarkami. Dzięki temu należą do jednych z ich największych konsumentów w Europie. W 2009 roku jedli 2,5 kg tych grzybów (na osobę), znacznie więcej niż my – Polacy statystycznie wciąż jeszcze konsumują ich o wiele mniej, niż inni Europejczycy. W roku 2009 r. było to 1,8 kg (na osobę), podczas gdy np. taki Hiszpan spożywał ich blisko dwa razy więcej (ok. 3,5 kg). Pieczarki smakują też Brytyjczykom (2,9 kg na osobę) i Włochom (2,7 kg).
Szybko rosnąca produkcja i korzystny kurs euro sprawiły, że Polska stała się obecnie największym eksporterem pieczarek na unijny rynek. Sprzedajemy je głównie Niemcom, Francuzom, Brytyjczykom oraz Holendrom, którzy również docenili nasz produkt. Polskie pieczarki opanowały też Paryż, Rzym, Madryt, a także Cypr i kraje bałkańskie.
Najsolidniejszym odbiorcą jest jednak, o dziwo, Rosja, która kupuje blisko 50 tys. ton naszej produkcji. Można zatem powiedzieć, że historia zatoczyła w ten sposób ponad stuletnie koło. Kiedyś pieczarki sprowadzaliśmy z Moskwy, dziś to Rosjanie zajadają się naszym towarem. Dodajmy również, że partie pieczarek zamawiają również Amerykanie, Kanadyjczycy i Skandynawowie, co znaczy, że otworem stanąć może wkrótce przed naszymi producentami kilka kolejnych znaczących rynków.
- Wiele krajów ma swoją żywnościową specjalność. Polska wyspecjalizowała się w pieczarkach i zdobyła nią rynki eksportowe. To cieszy, ale warto, by polskie firmy znajdowały i opanowywały kolejne tego typu nisze rynku żywnościowego w zamożnej Europie, której rynek konsumencki liczy przecież ponad 300 mln ludzi – mówi Sebastian Gawłowski, analityk ISB Euromoney.
Postawić na kraj
Z szacunków Stowarzyszenia Branży Grzybów Uprawnych w Polsce wynika, że w roku ubiegłym za granicę sprzedaliśmy więcej niż połowę krajowej produkcji, tj. ponad 125 tys. ton. Jak już wspomnieliśmy pieczarka to delikatny i trudny w przewozie produkt. Dlatego większość (ok. 80 proc.) eksportowanych grzybów jest schładzana. Pozostałe przewozi się w postaci mrożonej. Dość popularna jest też ostatnio marynata.
Krystian Szudyga, prezes Stowarzyszenia ma jednak inny problem. - Eksport idzie świetnie i niewątpliwie cieszymy się z tego. Ale musimy teraz pomyśleć, jak zwiększyć sprzedaż i konsumpcję krajową, bo moim zdaniem polski rynek ma w sobie duży potencjał, który należy umiejętnie wykorzystać – mówi.
I niewątpliwie ma rację, tym bardziej, że produkcja na polski rynek łączy się z mniejszym ryzykiem. Co prawda kurs euro sprzyja na razie eksporterom, ale wcale nie da wykluczyć się tego, że za jakiś czas złoty umocni się w stosunku do innych walut, a wtedy eksport przestanie się tak bardzo opłacać i ratunku szukać będzie trzeba na naszym podwórku. Równie ryzykowny jest transport grzybów do ich największego odbiorcy, czyli Rosji. Wystarczy dłuższy postój na granicy w czasie upalnego lata lub niespodziewana zmiana przepisów i cały transport (po wielogodzinnym oczekiwaniu na granicy) nie będzie nadawał się do konsumpcji.
Obecnie z uprawy pieczarek żyje w kraju ponad 3 tysiące rodzin (a łącznie ponad 15 tys. osób - sporo miejsc pracy powstało bowiem na potrzeby branży, np. część gospodarstw wytwarza same podłoża do grzybów).
Warto również dodać, że polski rynek zdominowali wielcy producenci – ocenia się, że setka największych firm wytwarza blisko 90 proc. całej produkcji. Wynika to głównie z tego, że uprawa pieczarki jest dość kapitałochłonna, ale można z niej godnie żyć – przeciętna rentowność branży wynosi ok. 8 proc.
Największe uprawy pieczarki są w Wielkopolsce (przede wszystkim okolice Poznania, skąd sprzedawane są do Niemiec i dalej na zachód Europy), na Górnym Śląsku (stąd sporo grzybów trafia do Czech) oraz na Podlasiu (gdzie mieści się jedno z największych centrów produkcyjnych w Europie - tamtejsze grzyby trafiają w znacznej części na stoły Rosjan).
Wegetarianie budują spożycie
W ocenie ekspertów rzeczywisty smak pieczarki najlepiej jest poznać próbując jej na surowo, gdyż po wszelakich przeróbkach termicznych grzyb traci smak.
Biznesowo ważne mogą być inne czynniki – otóż pieczarki bogate są w dobrze przyswajalne białka, błonnik, a także cenne witaminy i mikroelementy. Idealne rozwiązanie dla wegetarian, których jest w Polsce coraz więcej. Bo oni chętnie jedzą grzyby, a pieczarka to także jeden z najlepszych zamienników mięsa – tłumaczą branżowi specjaliści.
Kurt Scheller z Akademii Kulinarnej podkreśla, że pieczarka, podobnie jak i inne grzyby, może być alternatywą dla osób, które nie zamierzają zrezygnować, ale chcą jedynie ograniczyć jedzenie mięsa. Danie z grzybów przypomina bowiem potrawę mięsną, co dla tzw. mięsożernych może być wartością samą w sobie.
3.5.11
Odchudzasz się? Papryka może ci pomóc!
PAP, "Nauka w Polsce", eska28.04.2011 aktualizacja: 2011-04-28 16:50 . Nie tylko kapsaicyna zawarta w papryce sprzyja odchudzaniu. Sam ostry smak też ma znaczenie Shutterstock Ma poprawiać przemianę materii oraz obniżać apetyt na dania tłuste, słone i słodkie, czyli po papryce hamburgery, czipsy i batony już ci niestraszne. Pod warunkiem, że to Cayenne.
Plusy opalaniaJak wzmocnić słabą płećNa męską płodność wpływ mają... kościZ badań zespołu prof. Richarda Mattesa z Purdue University w USA wynika, że niewielkie ilości suszonej, mielonej papryki cayenne (przyprawa nazywana też pieprzem cayenne, pieprzem kajeńskim) skutecznie powściągają apetyt. Największe efekty obserwowane są u osób, które nie są przyzwyczajone do tej ostrej przyprawy.
Od dawna było wiadomo, że kapsaicyna, alkaloid, która nadaje papryce jej ostry smak, może zmniejszyć głód i przyspieszyć spalanie kalorii. Jednak wierzono, że znaczenie mają tak duże dawki tej substancji, że przeciętny człowiek nie byłby w stanie tego znieść. Profesor Mattes postanowił więc zbadać skuteczność cayenne w rozsądnej dawce, czyli takiej, co twarzy nie wykręci i pozwoli w ogóle cokolwiek zjeść.
Badano osobno miłośników przyprawy i jej zagorzałych wrogów (takich "z góry", co to nie próbowali, a wiedzą, że nie lubią). Osoby nieprzyzwyczajone do papryki wolały zadowolić się dawką 0,3 grama przyprawy, podczas gdy koneserzy mocnych doznań potrzebowali 1,8 grama.
U wszystkich badanych pod wpływem papryki podnosiła się temperatura wewnętrzna ciała i przyspieszała przemiana materii. Wprzypadku osób, które wcześniej nie stosowały tej papryki malał również apetyt.
Według naukowców, niecodzienny bodziec działa najsilniej i może tracić na skuteczności w miarę przyzwyczajania. Skuteczną dietę w oparciu o przyprawę trzeba tworzyć z uwzględnieniem tej wiedzy. Papryki w proszku nie ma sensu zamieniać na kapsułkę z kapsaicyną, gdyż neutralizowanie smaku ograniczy skuteczność. Profesor Mattes wierzy, że z pomocą papryki uda się zahamować epidemię otyłości w Ameryce. Pod warunkiem, że przyprawa stworzy mocne trio z aktywnością fizyczną i zmianą nawyków żywieniowych.
Plusy opalaniaJak wzmocnić słabą płećNa męską płodność wpływ mają... kościZ badań zespołu prof. Richarda Mattesa z Purdue University w USA wynika, że niewielkie ilości suszonej, mielonej papryki cayenne (przyprawa nazywana też pieprzem cayenne, pieprzem kajeńskim) skutecznie powściągają apetyt. Największe efekty obserwowane są u osób, które nie są przyzwyczajone do tej ostrej przyprawy.
Od dawna było wiadomo, że kapsaicyna, alkaloid, która nadaje papryce jej ostry smak, może zmniejszyć głód i przyspieszyć spalanie kalorii. Jednak wierzono, że znaczenie mają tak duże dawki tej substancji, że przeciętny człowiek nie byłby w stanie tego znieść. Profesor Mattes postanowił więc zbadać skuteczność cayenne w rozsądnej dawce, czyli takiej, co twarzy nie wykręci i pozwoli w ogóle cokolwiek zjeść.
Badano osobno miłośników przyprawy i jej zagorzałych wrogów (takich "z góry", co to nie próbowali, a wiedzą, że nie lubią). Osoby nieprzyzwyczajone do papryki wolały zadowolić się dawką 0,3 grama przyprawy, podczas gdy koneserzy mocnych doznań potrzebowali 1,8 grama.
U wszystkich badanych pod wpływem papryki podnosiła się temperatura wewnętrzna ciała i przyspieszała przemiana materii. Wprzypadku osób, które wcześniej nie stosowały tej papryki malał również apetyt.
Według naukowców, niecodzienny bodziec działa najsilniej i może tracić na skuteczności w miarę przyzwyczajania. Skuteczną dietę w oparciu o przyprawę trzeba tworzyć z uwzględnieniem tej wiedzy. Papryki w proszku nie ma sensu zamieniać na kapsułkę z kapsaicyną, gdyż neutralizowanie smaku ograniczy skuteczność. Profesor Mattes wierzy, że z pomocą papryki uda się zahamować epidemię otyłości w Ameryce. Pod warunkiem, że przyprawa stworzy mocne trio z aktywnością fizyczną i zmianą nawyków żywieniowych.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

